Zanim wejdziesz, przeczytaj :)

Materiały wykorzystane przez nas ( zdjęcia, rysunki, opisy ) służą tylko celom dydaktyczno - informacyjnym, nie czerpiemy z działalności żadnych korzyści. Wykorzystujemy materiały zarówno własne, jak również pozyskane w internecie, lecz tylko by ukazać czytelnikom piękno naszego świata :). Materiał internetowy pozyskujemy legalnie (nie jest on zastrzeżony prawami autorskimi, pochodzi ze źródeł masowych i edukacyjnych) - nie kradniemy niczyjej pracy. Jeśli jednak znajdziesz u nas swoje materiały bez wyraźnej zgody (mogło zdarzyć się niedopatrzenie z naszej strony) i poczujesz się urażony - prosimy, poinformuj nas, a natychmiast znikną one z naszych łamów :)

niedziela, 22 stycznia 2017

Z Łemkowskiej ziemi wiersze Katarzyny Szwedy

Witajcie,

Dzisiaj chcemy zaprosić Was na zupełnie inny wpis. Właściwie to pierwszy raz poruszamy tego typu temat na tym blogu. I właściwie - nie jesteśmy nawet autorami wpisu.
Dzisiaj chcemy zaprosić Was w świat poezji. Otworzą się przed Wami podwoje świata piórem pisanego, a jednocześnie - tak dobrze Wam znanego. Wszytko za sprawą Katarzyny Szwedy, młodej poetki rodem z Łemkowyny.
A tak autorka pisze o sobie:
Urodziłam się w styczniu 1990 roku w Nowym Żmigrodzie. Ukończyłam filologię angielską w PWSZ w Krośnie oraz studia nauczycielskie (język hiszpański i język angielski) na Uniwersytecie im. Johanna Wolfganga Goethego we Frankfurcie nad Menem. Piszę wiersze od 12 roku życia. Zdybyłam wyróżnienie w konkursie literackim programu Dolina Kreatywna (2006/2007), w tegorocznym konkursie poetyckim Jesienna Chryzantema oraz drugą nagrodę w przeglądzie "Połowy Poetyckie" Gdynia 2016. Jestem bardzo związana z Beskidem Niskim, tu spędziłam dzieciństwo, we wsi Kotań. Często odwiedzałam również dziadków w leśniczówce w Świątkowej Wielkiej, powracam do tych niezwykłych chwil z ogromnym sentymentem. Moje przywiązanie do tych terenów staram się wyrazić za pomocą poezji.


Czytając wiersze Kasi,można przenieść się w świat dawnej Łemkowyny, tej z lat 40 ubiegłego stulecia, odchodzącej gwałtownie, bez możliwości pożegnania się z rodzimymi górami, ukochanymi strugami. A jednak przez wiersze przebija też i życie. Tak, bo Łemkowyna jednak przeżyła - w przydrożnych krzyżach i kapliczkach, w strzaskanych nagrobkach i na cerkwiskach, gdzie sacrum wciąż bije silnym źródłem, orzeźwiająco. Tak przynajmniej my odbieramy twórczość Kasi. A jak Wy odbierzecie jej spojrzenie na mały, beskidzki świat?
Miłej lektury!


- nieznajoma z Nieznajowej-

spotkałem ją w dolinie górnej Wisłoki
ślady wygnania sumiennie wyryte
choć niewprawny ruch ręki przypadkowy oprawca
nie zdążyłem zapytać jak miała na imię

pewnie Kateryna

przy drodze stał krzyż trójramienny
przez chwilę była szorstka modląca
widziałem pustą wnękę na ciało Chrystusa
Chrystus wysiedlony

prawdziwie wysiedlony

krzyż pusty ona pusta aż wiatr w niej świszczy
na żebrach przygrywa nikt do tańca nie prosi
wsi spokojna wsi bezludna
nic nie masz z wesołości

Łemko nie powrócił


- wiersz pierwotny -

wsadziłem w ziemię wiersz
myślałem że wyrośnie z niego drzewo
obrodzi na zimę a gdy skosztuję jego owoc
ujrzę cię nagą w śniegu przede mną

było tylko słowo i świątynie z chleba
przed tobą były jeszcze dwie inne kobiety
i wiersze pisane  w pośpiechu na skrawkach ulic
krawężników drewnianych balustrad

ciepłym palcem na szybach w pociągu
pisałem twoje smutne oczy
widziałem w nich domy nienasze
i nienasze podwórka psy i budy

przez nie widziałem smugę drogi
prowadzącej donikąd i godziny długie
odległej rozmowy o nas samych osobno
o nich przy nas ale dziwnie obcych


- wędrowanie -

po nieprzespanej nocy
spragnieni porannej rosy wyjdziemy na łąki
nie umrzemy młodo
starość nas w swoich ramionach utuli
jeszcze ciepłych ciśnie do ziemi



wyrośnie z nas krzak dzikiej róży
kruki i wrony rozdziobią jego owoc na strzępy
nie umrzemy młodo
zostaną po nas niewypały i dźwięki
beznamiętne pieśni o czasach lepszych biedniejszych



starość nam kij bukowy wsadzi do ręki
zgarbionym każe wędrować przez siebie
palcami jeszcze lepkimi od gleby
grabić zżółknięte liście pisać na nich wiersze



nie umrzemy młodo
choćbyśmy właśnie tego najbardziej pragnęli
bezdechem lekkomyślności we śnie się zachłysnąć
gwałtownie przeminąć
nigdy w nic nie zwątpić nie dożyć niczego
szaleństwem się splamić ale nie włóczęgą




- cisza w Tychani -

była cicha i piękna jak opuszczona wieś
jak on bezgłowy na cokole bezstronny
jak nimb co spowił bezimienne szczyty wonna
jak dziurawiec niedeptany od wieków


chciałem ją kochać sam na wyłączność
bezcześcić o świcie w podmokłych zaroślach
pozacierać ślady innych rąk na niej
nietutejszych przywłok przybłęd innowierców


w samym dnie doliny wznosiłem ołtarze
krezusowym bogom ponoć wszechobecnym
i darłem na strzępy gałęzie i głazy
budowałem świątynie na miejscu cerkwiska


przyszła raz przed zmrokiem kazała mi odejść
nie burzyć spokoju nielotną modlitwą
raz na zawsze pojąć że cisza w tych stronach
jest nieodwracalna święta wiekuista



- taj lem na Beskydi -

wiem że jesteś nieistniejąca
lecz wciąż istniejąca bardziej niż inne
bo na moim podwórku wśród moich pól
owiec i gęsi zaistniałaś wierszem



potrzebowałem tylko dłuta i kawałek gruszy
żeby cię stworzyć może był to buk



zawstydzam ich tym że jesteś
dla mnie ważniejsza od niego
że wolę spotykać się z tobą
niż na mszy kruczeć całować ikony



przechodzisz obok pachniesz swetrem
siadasz ze mną na ławce przed domem
poisz piołunem a kiedy sen przyjść nie chce
ciepłą żywicą zaklejasz oczy i szepczesz

że konie już dawno gotowe do drogi



- Świerzowa Ruska -

tu pod gruszą rodziły się nasze matki
w bólu ich matek w naszym bólu obecnie
kiedy odchodzą usłużnie zbyt wcześnie
pytanie o przeszłość grzęźnie niezadane
musi przeczekać jak ulewa


tu stała chyża mój dziadek Łemko
ojciec mej matki sam ją budował
pod jednym dachem ludzie i stado
stadne życie po ludzku po rusnacku
po wojnie wystygło jak kałuża


tu zielsko jak relikt samotnie zakwita
w stepach karpacki las chyli się wichurze
zdziwiony że tak daleko zawędrował
i można tylko pytanie o przeszłość odraczać
w dalekim stepie ich szukać im zapalać





Tak prezentuje się twórczość Kasi. Przypadła Wam do gustu? Wiersze rządzą się własnymi prawami, wymagają cierpliwości i żądają uwagi. Bez spełnienia ich życzenia - nie ma mowy o ich zrozumieniu, nie zdradzają bowiem swoich sekretów tak łatwo...
Mamy nadzieję, że dzisiejszy wpis Was zainteresował. Sami z przyjemnością czytaliśmy wiersze Kasi, wers po wersie. Cieszymy się, że ktoś poświęca naszej ukochanej Łemkowynie trochę czasu i swojego talentu.

Pozdrawiamy serdecznie!


niedziela, 8 stycznia 2017

Kamieniarstwo ludowe w Beskidzie Niskim

Witajcie!

Wędrując dolinami beskidzkich potoków, idąc rzadko uczęszczanymi drogami możecie podziwiać wspaniałą beskidzką przyrodę, piękne krajobrazy, oraz liczne kamienne krzyże i kapliczki. Często są one już mocno sfatygowane przez czas, a jednak zachwycają nasze oczy. Zastanawialiście się kiedyś, jak powstawały, i kto był ich autorem?
Postaramy się w kilku słowach opowiedzieć Wam trochę o kamieniarstwie na terenie Beskidu Niskiego.

Krzyż przydrożny w Lipowcu
Kamieniarstwo w dawnych czasach było trudnym, jednakże szanowanym zawodem. Okiełznanie metody obróbki kamienia, nadawanie "martwej" skale żądanej przez człowieka formy było nie lada wyczynem. A potęgował to również fakt, iż popyt na kamienne wyroby był duży. Potrzebne na wsiach były kamienie żarnowe, osełki, kamienne blaty stołów. W miastach zamawiano płyty chodnikowe z kamienia. Najbardziej jednak zasłynęli kamieniarze wyrobami sakralnymi - chrzcielnicami, krzyżami nagrobnymi, kapliczkami. Bogatsi gospodarze zamawiali u kamieniarzy krzyże kamienne, by je postawić na grobie bliskiej osoby, czy też ustawić krzyż (lub kapliczkę) przed domem. Różne były ku temu powody - często były to wota dziękczynne czy błagalne. Kamień położony na grobie miał też chronić ludzi żyjących przed duchem zmarłego - co ma związek z zabiegami apotropaicznymi, szeroko rozpowszechnionymi także na terenie Łemkowszczyzny (ujmując prościej - wierzenia wampiryczne). Z wieloma krzyżami i kapliczkami do dziś stojącymi przy drogach związane są legendy..

By kamieniarz mógł działać, niezbędny był surowiec. Ponieważ mieszkańcy wsi byli mało mobilni, i niechętnie opuszczali rodzinne strony, surowiec właściwie musiał być dostępny jak najbliżej rodzimej wioski. Dostępność materiałów determinowała więc rozwój zawodu. Na terenie Beskidu Niskiego jest wiele wychodni piaskowca. Najlepszy do obróbki jest gruboziarnisty, twardy piaskowiec magurski, z którego można wyrabiać przedmioty użytkowe - np. kamienie młyńskie czy żarnowe. Dostępny był np. na stokach Magurycza Wielkiego. Do obróbki artystycznej wykorzystywano materiał drobnoziarnisty, miększy. Sami kamieniarze uznawali go za materiał średniej jakości, niemniej chętnie wykorzystywali ze względu na łatwość w obróbce. Jego wychodnie znajdują się między innymi w paśmie Magury Małastowskiej. Słaby jakościowo surowiec stanowiły luźne bryły piaskowca czy też warstwy powierzchniowe, podlegające procesom erozji i wietrzenia. Z takich korzystano tylko, gdy inny surowiec był niedostępny - z takiego materiału wyrabiali przedmioty kamieniarze z Folusza, surowiec pozyskując w postaci brył zbieranych na Diablim Kamieniu lub też z wychodni w rejonie Huty Pielgrzymskiej.

Krzyż "Thallerhofski" z Bartnego, wykonany przez Osifa Tarbaja

Jak wyglądała produkcja krzyża? Najpierw należało pozyskać surowiec. Kamieniarze nie kupowali gotowych bloków skalnych, lecz sami pozyskiwali materiał do produkcji na znanych sobie wyrobiskach. Dysponowali stosunkowo ubogim warsztatem narzędziowym - używali różnego rodzaju młotów i młotków, pobijaków, klinów, dłut i oskardów.
Kamieniarz (zazwyczaj z osobami do pomocy lub też "spółka" kamieniarska) udawał się do kamieniołomu (kopalni) gdzie mógł pozyskać surowiec. Najpierw musiał zdjąć warstwę ziemi i zwietrzeliny skalnej, pokrywającą litą warstwę skalną. Dopiero z takiego surowca mógł kamieniarz stworzyć określony produkt. Kolejnym, dużo trudniejszym etapem było odłupanie odpowiedniego bloku skalnego. Jego wielkość zależała od przeznaczenia. Im większy produkt, tym blok musiał być oczywiście większy. Odłupywanie przebiegało następująco, i było procesem długotrwałym. W pokładzie (litej skale) wykuwano szeregiem współliniowe otwory, oddalone od siebie o kilkanaście centymetrów. Te otwory zabijano drewnianymi kołkami. We wspomniane kołki wbijano żelazne kliny. Służył do tego kijan - ciężki młot o wadze około 10 kg. Później, w okresie międzywojennym zamiast otworów wybijano szczeliny, w których zamiast kołków umieszczano żelazne sztabki robione z płaskowników, a między nimi wbijano żelazne kliny. Później miał miejsce odlot - czyli odpadniecie bloku od ściany skalnej. Odbijanie bloków skalnych było niebezpieczne, i nie raz zdarzały się wypadki...
Kiedy już blok skalny odpadł, nadawano mu na miejscu, w kamieniołomie przybliżonej formy przyszłego przedmiotu. Chodziło tutaj o zmniejszenie masy bloku skalnego. Głaz bowiem trzeba było dostarczyć do wsi.  Wstępną obróbkę wykonywano oskardem, kijanem i śpicem - czyli długim żelaznym dłutem. Tak wstępnie obrobiony blok (cokiel) ściągano "ułycią" - czyli trawersującą po stoku sztolnią, pozwalającą w miarę wygodnie ściągnąć blok z góry. Urobek ściągano koniem, "smykiem". Gdy blok ściągnięto już na w miarę płaski teren, ładowano go na wóz lub sanie (w zimie), albo też i niekiedy ciągnięto go dalej koniem, zaczepiwszy o orczyk. Surowiec można było pozyskiwać cały rok. Ciekawostką są koliby - czyli szałasy w których znajdowali w czasie niepogody kamieniarze. Robiono je z kamienia, również na krokwiach kładziono dach z tafli piaskowcowych. Tutaj raczej nie sypiano, a kryto się podczas pracy np. przed deszczem.

Na cmentarzu w Ropkach

Po dostarczeniu materiału, zajmowano się jego obróbką. Czynności te wykonywano zazwyczaj na świeżym powietrzu. Najpierw blok obrabiano krynglą (młotkiem groszkowym) i małą wersją kijana.
Miało to na celu wyrównanie powierzchni skały. Potem blok gładzono za pomocą szerokich, stalowych dłut (kutych przez miejscowych kowali). Dłuta te pobijano drewnianą, jaworową lub bukową pałką, wytoczoną z jednego kawałka drewna. Przy pracy pomocnymi narzędziami były różnorakie dłuta, drewniany cyrkiel i młotek do "nasiekiwania" dolnych części kamienia żarnowego. Kamieniarz pracował głównie na siedząco, chyba ze wyrabiał np. krzyż, to wtedy już pracę prowadził głównie na stojąco.
Doświadczony kamieniarz mógł w ciągu dnia wykonać 1 kamień do brusa (szlifujący), ok 30 osełek albo 5 metrów bieżących cokli pod podmurówkę. Dłużej trwała praca artystyczna. Krzyż z reliefem Ukrzyżowanego robiono nawet do miesiąca, prostą kapliczkę: 2 - 3 tygodnie.

Kamieniołom Okrągła Wyspa na stokach góry Kamień nad Jaśliskami

Kamieniarstwo na terenie Beskidu Było bardzo popularne. Kamieniarze działali zarówno na terenie zachodnio - środkowej jego części, jak też i na obszarach wschodnich.
Najbardziej znani są kamieniarze z Bartnego. Wedle podań, do Bartnego pierwsi kamieniarze (bracia Boroszowicze) mieli przybyć do wsi z Jasionku już w XVI wieku. Jest to dość wątpliwe, gdyż Jasionkę lokowano dopiero w  połowie XVII wieku (1665), i nawet biorąc pod uwagę, że osada istniała nieco wcześniej, kwestia XVI - wiecznej genezy łemkowskich kamieniarzy nie jest w stu procentach pewna. Zapewne dopiero XVII - wieczna genezę ma działalność kamieniarska na tym terenie, co sugerować mogą dokumenty miejskie Biecza, wspominające o pozyskiwaniu w Przegoninie w 1668 roku kamienia na remont ratusza. Na pewno jednak kamieniarstwo zaczęło się tu mocno rozwijać w XVIII wieku - wedle dokumentów, kamieniarze z Bartnego płacili więcej rocznego czynszu niż wszyscy bieccy rzemieślnicy razem wzięci (!).
Nie zmienia to faktu, że Bartne rozwinęło się na duży ośrodek kamieniarski o znaczeniu ponadlokalnym. Wyroby z Bartnego trafiały dalej, nawet do Gorlic. Tutaj kuto krzyże i kapliczki, kamienie żarnowe i do brusa, oraz inne przedmioty kamienne. Jednak największą sławę zdobyły właśnie wyroby sakralne. Tu trzeba dodać, że kamieniarze z Bartnego jako jedyni łączyli się w "spółki" - grupy zrzeszające kamieniarzy, co znacznie ułatwiało i przyspieszało realizację licznych zamówień.
Kamienne krzyże zgromadzone na lapidarium przycerkiewnym w Kotani

Kamieniarstwem zajmowano się także w Bodakach (d. Przegonina) Wapiennym, oraz w Foluszu (Iwan Dragan) . W Bodakach powstawały m. in. nagrobne macewy. W Foluszu i Wapiennym, jako że materiał był gorszy, wyrabiano głównie osełki, kamienie żarnowe, brusy, cokle na podmurówki, rzadziej zaś np kapliczki.
W Bartnym surowiec do obróbki pozyskiwano głównie na stokach Magurycza Wielkiego - piaskowiec tutaj dostępny najlepiej sprawdzał się w wyrobie przedmiotów użytkowych. Materiał wydobywano także na stokach Kornuty, jednak był on nieco gorszej jakości niż ten z Magurycza, jednak dobry np. na wyrób krzyży.

Jeśli chodzi o Bartne, to w ośrodku tym rozwijało się szczególnie kamieniarstwo artystyczne. Kilkunastu artystów znanych jest z nazwiska, i rozpoznawanych poprzez swoje wyroby. Pokrótce przedstawimy tutaj kilku z nich:
Matej Cirkot - jest autorem wielu krzyży przydrożnych, m. in. krzyża przy ul.  Węgierskiej w Gorlicach. Jego dzieła można poznać m. in. po słabo zachowanych proporcjach ciała Chrystusa i jego skrzyżowanych, przybitych jednym gwoździem stopach. Twarz Chrystusa jego autorstwa znaczył delikatny "uśmiech".
Iwan Dutkanycz - kontynuator stylu Cirkota. Autor ten stosował w rzeźbie bardziej wyraźne modelowanie długich włosów Chrystusa, a jednocześnie mniej wyraźnie zaznaczał wypukłość piersi.
Wasyl Gracoń - Rozwija styl Cirkota. Twarz Zbawiciela jego długa jest zafrasowana. Zbyt długie nogi z za wysoko umieszczonymi kolanami nadają wyjątkowej formy Ukrzyżowanemu.
Iwan Gracoń - syn Wasyla, początkowo wzorował się na stylu ojca,  potem zaś - na warsztacie Osifa Tarbaja z Bodaków.

Bartne. Grób hrabiny Walewskiej, wykonany z nieobrobionych kamieni młyńskich

Osif Tarbaj - uczył się fachu u cechowego kamieniarza z Łużnej, Władysława Jamera. Dzieła Tarbaja, głównie krzyże nagrobne odznaczają się wysoką dbałością o szczegóły jak np. poprawnie wykonaną muskulaturą czy szczegółami twarzy. Na jego krzyżach można zobaczyć np. koronę cierniową plecioną z trzech, wyraźnie odznaczających się cierni.
Działalność kamieniarską prowadzono także i w innych wioskach na terenie zachodniej części B. Niskiego, jak np. w Nieznajowej.  Okoliczni kamieniarze z zachodniej częsci Beskidu niskiego surowiec pozyskiwali m. in. na stokach góry Chełm, na Jeleniej Górze czy w okolicach Mrukowej.

Jednym z bardziej znanych kamieniarzy spoza Bartnego jest Iwan Szatyński, przez pewien czas mieszkający w Nieznajowej. Jego krzyże i figury można oglądać m. in. w Nieznajowej, w Kotańskim lapidarium czy w Grabiu. Autor wzorował się na W. Serwońskim, kamieniarzu z Gorlic, i przejął od niego m. in. formę cokołu i sposobu jego dekoracji. Jego krzyże można poznać np. po wizerunku Chrystusa ze stopami przybitymi oddzielnie gwoździami.

Długie. Krzyż na starym cmentarzu, z 1869, autorstwa M. Cirkota
Idąc w kierunku wschodnim, należy zajrzeć do dawnego klucza jaśliskiego - tutaj również kwitło kamieniarstwo. Widać to po dziś dzień w herbie Jaślisk - widoczne są tam dwa oskardy, kamienie młyńskie, a w tle - stoki góry Kamień. Co ciekawe, na pewno już w XVII wieku wykorzystywano okoliczne kamieniołomy. Pozyskiwano tutaj materiał na budowę i reperację murów, na budowę mostków na trakcie węgierskim czy chociażby na bruki miejskie. Oprócz tego, w późniejszym okresie, w okolicznych wsiach zaczęto wyrabiać kamienie młyńskie. Po 1772 roku trafiały one nawet na tereny Austrii! Kamieniarstwo przetrwało tutaj do okresu powojennego.  Co ciekawe, sami Jaśliczanie nie zajmowali się kamieniarstwem. Warsztaty kamieniarskie były natomiast w Posadzie Jaśliskiej, i tutaj Polacy zajmowali się wyrobem przedmiotów, m.in. kamieni żarnowych i młyńskich. Surowiec pochodził z kamieniołomów na stokach góry Kamień w Czeremsze, oraz niekiedy z wyrobisk ze Smerecznego. Lokalni kamieniarze działali też w Lipowcu i Czeremsze. Wykonali oni kilka krzyży, po dziś stojących przy dawnym trakcie węgierskim oraz na terenie Rudawki Jaśliskiej. Również kamieniarstwo rozwijało się na lokalne potrzeby w Króliku Wołoskim. Wyrabiano tutaj krzyże cmentarne, które dziś można oglądać m. in. w Desznie czy Wisłoczku.
Do dziś można oglądać krzyże i kapliczki zarówno wymienionych wyżej autorów, jak też wielu, wielu innych, nieznanych z nazwiska. Krzyże i kapliczki zaczęto wyrabiać w XIX wieku, i wykuwano je niemal do połowy wieku XX.

Narzędzia kamieniarskie: 1) młotki i oskard 2) "czerkiel", śpic i dłuta 3)cyrkiel i pałka kamieniarska, młotki 4) kijan 5)czerkiel i dłuta 6) dłuta i klin. W tle zdjęcie kamieniarzy przy pracy. *

Kamieniarze łemkowscy skutecznie konkurowali z miejskimi warsztatami kamieniarskimi jeszcze w okresie międzywojennym. Właściwie dopiero powojenne wydarzenia doprowadziły do upadku wiejskich warsztatów na Łemkowynie. Wiązało się to nie tylko z wyjazdem samych kamieniarzy, ale także z upaństwowieniem terenów, na których wydobywano surowiec. Reszty dopełniła mechanizacja warsztatów miejskich, i co za tym idzie, produkcja tańszych wyrobów. Ostatnim czynnie działającym po II wojnie kamieniarzem łemkowskim był Jan Chwalik z Bartnego. Zmarł w 2011 roku

Chociaż dzisiaj kamieniarze łemkowscy nie wyrabiają krzyży czy kamieni młyńskich, to jednak pamięć o nich nie wygasła.  Owoce ich dawnej, ciężkiej pracy możemy oglądać na terenie niemal każdej istniejącej, bądź też istniejącej już tylko z nazwy wiosce. Przy drogach stoją kamienne kapliczki i krzyże, często pokaźnych rozmiarów. Chociaż nierzadko są mocno nadwątlone przez czas i ludzi, to jednak wciąż robią wrażenie na widzu. Na cmentarzach można oglądać liczne krzyże, dzięki którym to pamięć o danym cmentarzu nie wygasła, a sam obiekt nie znikł pośród drzew i krzewów... W Bartnym, koło cerkwi grekokatolickiej, w plebańskim spichlerzu urządzono malutkie muzeum kamieniarskie. A tuż obok stoi wielki pobijak - narzędzie kamieniarza w wersji XXL. Jest to pomnik, upamiętniający słynnych kamieniarzy z Bartnego.

W paśmie Magury Wątkowskiej można trafić na liczne wychodnie piaskowca

Swoją drogą, kamieniarstwo, chociaż ciężkie, było całkiem dochodowe. Przykładowo, w okresie międzywojennym za kamień do brusa płaciło się 2 - 3 zł u kamieniarza z Bartnego lub Bodaków, a za ten sam wyrób z Folusza już tylko 2 złote. Za kamień żarnowy trzeba było zapłacić od 20 złotych (Folusz) po 35 złotych (Bartne). Zawrotna była cena krzyża, wynosząca 170  - 200 zł. Kapliczki były tańsze, kosztowały tylko 100 złotych, ale wyrabiano je w Foluszu, z materiału gorszej jakości. Tak więc, jeśli kamieniarz miał talent i był pracowity, mógł sporo zarobić. Tu trzeba zaznaczyć, że kamieniarstwo zazwyczaj nie było jedynym źródłem dochodu kamieniarza. Gospodarował on zazwyczaj dodatkowo na "ojcowiźnie", zajmował się też często hodowlą.

Figura wNieznajowej, wykonana przez Iwana Szatyńskiego

Mamy cichą nadzieję, że ten wpis zaciekawi Was tą ciekawą tematyką. Bo nie ma tu mowy o wyczerpaniu tematyki, nawet jej nie "liznęliśmy" tutaj 😊. Ale teraz, wędrując szlakami i drogami Łemkowyny, będziecie na pewno baczniej przyglądać się kamieniarskiej robocie.

W powyższym artykule został poruszony temat kamieniarzy ludowych. Nie ujęto tu równie ważnego warsztatu kamieniarzy cechowych działających m.in w Gorlicach, Dukli czy Sanoku. Wyroby tych rzemieślników są często spotykane na starych cmentarzach parafialnych/komunalnych. Twórczość kamieniarzy cechowych stawała się nie raz inspiracją dla twórców ludowych i na odwrót.

Dziękujemy za odwiedziny, pozostawione komentarze i zainteresowanie tematyką beskidzką.

Do zobaczenia na szlaku!




*Zdjęcia wykonane podczas wystawy w Muzeum Etnograficznym w Rzeszowie. Eksponaty pochodzą z Bartnego, ob. znajdują się w zbiorach Muzeum Okręgowego w Nowym Sączu. Fotografia w tle pochodzi ze zbiorów Muzeum Etnograficznego w Rzeszowie.

Źródła informacji:
Stachowiak A., Kamieniarstwo ludowe na Łemkowszczyźnie /źródło: lemko-archiwe.com/
Łopatkiewicz T., Ośrodki kamieniarstwa ludowego na Łemkowszczyźnie środkowej /źródło:cyfrowaetnografia.pl/
PŁAJ, 23, 2001, Stachowiak A., Łemkowskie krzyże kamienne w dolinie Biełczy i górnej Jasiołki.
Stachowiak A., Łemkowskie krzyże kamienne i ich twórcy /źródło: www.beskid-niski.pl/
www.beskidniski.pl




piątek, 23 grudnia 2016

Wesołych Świąt!


Obchodzimy Święta Bożego Narodzenia. Czas pokoju, miłości i wszechobecnej radości. Wszelkie spory, waśnie, jakby w tym okresie bledną, jesteśmy dla siebie milsi. I wszyscy czekamy na narodzenie Najwyższego, by oddać mu pokłon niczym Trzej Królowie. Zamiast złota, mirry czy kadzidła podarujmy mu swoje serca, gotowe na jego powitanie. A może będziemy jak pastuszkowie (lub pastereczki) i nieśmiało przycupniemy przy żłóbku, jakby nie wierząc, że akurat nam przypadł tak wielki zaszczyt powitania Pana?

A wielkimi krokami zbliża się Nowy Rok, a Stary powoli, powoli szykuje się do odejścia na karty historii? Jaki on był? Dla nas dobry: skończyliśmy szczęśliwie studia, znaleźliśmy pracę.. Co prawda sam blog trochę "podkulał", bo rzadziej go odwiedzamy i zmniejszyliśmy ilość wpisów, niemniej jednak dalej jest częścią nas, i dalej jest dla nas ważny, i mamy nadzieję, że i w Nowym Roku będzie dla Was źródłem kilku informacji o ukochanym Beskidzie Niskim, na Łemkowynie....

Z okazji Świąt Bożego Narodzenia, chcemy życzyć Wam dużo
 zdrowia, szczęścia, radości,
niech spełnią się Wasze marzenia
te drobne, oraz te wielkie, najbardziej zazwyczaj skrywane.
Niech nie opuszcza Was i waszych rodzin miłość,
a problemy niech omijają Was szerokim łukiem.
Nowy Rok powitajcie hucznie i radośnie,
bawcie się do białego rana
i niechaj nie opuszcza Was w nowym roku powodzenie.

Wesołych Świąt i szczęśliwego Nowego Roku kochani!

życzą Danusia i Kuba 😊



A na koniec nasza szopka ;)






niedziela, 11 grudnia 2016

Okiem wędrowca - Regietów Niżny

Witajcie!
Jakiś czas temu pisaliśmy o nieistniejącym już dzisiaj Regietowie Wyżnym. Dzisiaj na łąkach pasą się tam konie... Pewnie część z Was pamięta ten wpis. A kto nie czytał - zapraszamy do lektury oczywiście 😊
Na szczęście Regietów nie został całkiem wymazany z mapy. Przetrwał bowiem Regietów Niżny.
Ta niewielka dziś osada leży nad potokiem Regetówka, przy skrzyżowaniu dróg do Smerekowca i Skwirtnego. Od wschodu wieś zamykają stoki słynnej góry Rotunda, z niedawno odnowionym cmentarzem wojennym, a od zachodu do wsi opadają stoki Skałki (820 m n. p. m.).

Całkiem blisko bazy namiotowej


Standardowo zaczniemy od historii.
Wieś powstała w połowie XVI wieku. Kiedy dokładnie, źródła nie podają. Na pewno jednak musiała istnieć przed 1597 rokiem, bowiem na terenie dzisiejszej Słowacji lokowano wioskę nazwaną Regetov (obecnie Regetovka). Osadnicy i zasadźca mieli pochodzić z terenów Polski. Oni też przynieśli nazwę wsi.
Ciekawy jest fakt, że sam potok nad którym wioska powstała, znany był już w 1359 roku jako Rzegethow. Nazwa pochodzi najprawdopodobniej od słowa rzegotać. I fakt, idąc szlakiem czy drogą wzdłuż potoku można stwierdzić, że momentami lubi hałasować.

Wiele z faktów tutaj przytoczonych wcześniej przedstawialiśmy w opisie Regietowa Wyżnego. Nic dziwnego, wszak trudno jest rozdzielić losy obydwu wiosek...
Oficjalnie w dokumentach Regietów (Regetów) pojawia się dopiero w 1623 roku. Rejestr poborowy z 1629 roku wspomina, że we wsi były 3 gospodarstwa i młyn wodny. W tym czasie wioska była częścią parafii w Zdyni, a była własnością rodziny Wielopolskich.
Wkrótce stała się własnością Stanisława Drzewosza. I tutaj ciekawostka. Otóż w 1648 roku na dwór Drzewosza w Regetowie napadli beskidnicy. Zamierzali zabić szlachcica. Miał on jednak szczęście, bo akurat wtenczas w dworze był nieobecny...

"Za naszej młodości" o u nas bywało podobnie...


Obydwie wsie się rozwijały, de facto bez oficjalnego podziału na "Górną" i "Dolną" część. W roku 1786 obydwie wioski zamieszkiwało łącznie 619 grekokatolickich Rusinów. Należy zaznaczyć, że ludniejszy był w tym czasie Regietów Niżny. Liczba ta wzrosła do 695 grekokatolików w roku 1795.

W roku 1888 w Regietowie Niżnym było 50 domów, i mieszkało 294 mieszkańców: 284 grekokatolików (Rusinów), 4 katolików rzymskich oraz 6 Żydów. Wtedy to już ludniejszy był Regietów Wyżny. W nim też była siedziba parafii, do której także należał Regietów Niżny.
Wieś rozwijała się spokojnie, raz lepiej raz gorzej, chociaż warunki życia były trudne. Górskie gleby nie sprzyjały rolnictwu, a ostry klimat nie raz dawał się we znaki, szczególnie na przednówku...
Złe czasy przyszły wraz z XX wiekiem. Prawdziwym kataklizmem dla mieszkańców był wybuch I wojny światowej.

Regietów Niżny był bowiem areną licznych walk między oddziałami cesarskimi i carskimi. Rotundę zajęli Rosjanie. Elitarne oddziały tyrolczyków próbowały odbić szczyt z rąk nieprzyjaciela, ale gęsty ogień broni maszynowej i głęboki śnieg nie pozwolił im wykonać rozkazu. Wieś znalazła się w pasie "ziemi niczyjej", plądrowanej przez patrole obydwu armii. Podczas walk toczonych tutaj od zimy 1914 roku aż do maja 1915 spłonęła większość zabudowy wsi. Ludzie stracili dorobek życia, zapasy żywności, trzodę.. Jednak wieś odbudowano, odżyła.  Oprócz tego z obydwu wsi do Thalerhoffu wywieziono 34 osoby, z czego trzy zmarły.




Problemem stała się nowo powstała granica Polsko - Czechosłowacka, od 1918 roku rozdzielające rodziny i przyjaciół, dotychczas swobodnie mogących się spotykać. Trudno było przywyknąć do nowej sytuacji mieszkańcom przygranicznych terenów. Teraz potrzebowali przepustek, by udać się na "drugą stronę".
Ale sobie tylko znanymi drogami Łemkom udawało się nierzadko przekraść na drugą stronę z towarem i wrócić z potrzebnymi materiałami. Pierwsze powojenne lata były bowiem ciężkie, a nowo odrodzone państwo nie zawsze mogło wspomóc mieszkańców...
W roku 1921 naliczono tutaj 297 Łemków wyznania unickiego i 9 Żydów.
W latach 30 do Regietowa Niżnego dotarły echa Schizmy Tylawskiej. w 1930 roku niemal wszyscy mieszkańcy Regietowa Niżnego przeszli na prawosławie. Na potrzeby wiernych wzniesiono niewielką kaplicę, tzw. czasownię, w której odprawiano nabożeństwa. Przetrwała ona do dziś. Jest to niska, drewniana budowla, z zewnątrz otynkowana. Z czasem ją rozbudowano o zakrystię i przedsionek. Mieszkańcy próbowali przenieść do niej część wyposażenia z cerkwi unickiej w Regietowie Wyżnym. Wywołało to spory między żyjącymi dotychczas zgodnie mieszkańcami.
Ogółem w obydwu wsiach w 1936 roku naliczono 112 mieszkańców wyznania prawosławnego.
W 1939 roku wybuchła II Wojna Światowa. Wieś znalazła się w rękach niemieckich, założono tutaj placówkę Grenzschutzu. Utrudniała ona działalność Łemkom. A Łemkowie oczywiście.... przechodzili nielegalnie granicę. Do Słowacji zanosili sól, skóry i uprzęże, a wracali z tytoniem, cukrem i kropką. Ten swoisty przemytniczy szlak nazywano: tytoniowa ścieżka -  duhanska put. Zdarzało się, że Niemcom udało się zdybać przemytników. Wtedy zabierali im towary. A bywało i gorzej...
Kaplica prawosławna, wzniesiona w latach 30 XX wieku


... a obok niej nowa cerkiew, nawiązująca bryłą do cerkwi w Regietowie Wyżnym, przeniesionej do Żółkiewki

Już w 1940 roku wyjechało z obydwu wsi kilkanaście rodzin na sowiecką Ukrainę. W roku 1944 przybyło tutaj kilkanaście rodzin z rejonu Dukli. Okolice tamte zostały zniszczone w trakcie walk. W 1945 roku na Ukrainę wyjechało z Regietowów 26 rodzin, podbudowanych agiracją o dobrobycie na Ukrainie.
Szybko w Regietowie Wyżnym pojawiło się WP, atakowane kilkakrotnie  przez oddziały UPA, stacjonujące w okolicznych lasach. Ostatecznie obydwie wsie opustoszały w 1947 roku, w ramach Akcji Wisła.
Regietów Niżny miał trochę szczęścia, bowiem tutaj założono PGR. Zbudowano betonowe bloki mieszkalne, zabudowę gospodarczą, ściągnięto nowych osadników - robotników.
Pierwsi Łemkowie zaczęli wracać tutaj w 1957 roku. I szybko podjęli się remontu nadwątlonej kaplicy prawosławnej. Urząd Powiatowy w Gorlicach zaplombował kaplicę i remontu zakazał. Jednak po interwencji sołtysa wsi i księdza z Hańczowej, zezwolono na remont i działalność kaplicy.


widok na budynki stadniny "Gładyszów"


Po upadku PGR, w jego dawnych budynkach otwarto stadninę koni "Gładyszów". Dziś przoduje ona w hodowli hucułów - silnych, małych, odpornych koni.
Wzniesiono też w Regietowie Niżnym, zaraz obok dawnej czasowni cerkiew. Jej bryła wzorowana jest na cerkwi z R. Wyżnego, przeniesionej do Żółkiewki. Oszalowana deskami, wygląda bardzo ładnie, i wkomponowała się idealnie w krajobraz. Trudu budowy podjęła się niewielka parafia, licząca zaledwie 11 rodzin. Cerkiew nosi wezwanie Św. Michała Archanioła. Kamień węgielny pod budowę wmurowano w 2008 roku.
Idąc w stronę R. Wyżnego, u stóp Rotundy, za potokiem, natkniecie się na sympatyczne miejsce - studencką bazę namiotową, prowadzoną w okresie wakacyjnym przez SKPB Warszawa. Można tu odpocząć, napić się mięty, przespać w namiocie. I to całkiem tanio! Bardzo klimatyczne miejsce, polecamy. Co prawda ostatnio LP zbudowały koło bazy wielki most na Regetówce, a po stokach Rotundy poprowadziły szeroką drogę do zrywki drewna, niemniej mamy nadzieję, że nie zmieni to zasadniczo klimatu tego miejsca. A będąc tutaj - wdrapcie się na Rotundę, pomódlcie na grobach poległych żołnierzy...



Przechadzając się po Regietowie Niżnym zobaczycie i stare chyże, i przydrożne krzyże, kapliczki, i w końcu - pasące się bydło, gęsi, konie . . . Kilka lat temu takie widoki można było zobaczyć i na naszych podwórkach... Mieszka dziś tutaj nieco ponad stu mieszkańców. Jest też droga asfaltowa, prowadząca aż do "starego" cmentarza w Regietowie Wyżnym, służącego prawosławnym mieszkańcom do dzisiaj...

Na pagórku, w pobliżu drogi do Regietowa Wyżnego znajduje się cmentarz parafialny, założony w 1 połowie XX wieku. Funkcjonuje do dzisiaj.


Wjeżdżajac do Regietowa powita Was miły akcent - dwujęzyczna tablica z nazwą wsi: po Polsku i po Łemkowsku. I chociaż ostatnio były różne incydenty, związane z niszczeniem takich tablic, to dla nas jest to widomy znak, że Łemkowie wciąż tutaj są, że Łemkowyna wciąż istnieje.





Źródła inf.:
Grzesik W., Traczyk T., Wadas B., 2012, Beskid Niski, od Komańczy do Wysowej
Luboński P.,(red.), 2012, Beskid Niski. Przewodnik dla prawdziwego turysty
Budzyński Z., 1995, Struktura terytorialna i stan wiernych Kościoła unickiego na Łemkowszczyźnie w XVIII wieku
www.eleos.gladyszow.org/regietow



niedziela, 27 listopada 2016

Rozmowa z Danielem Szczerbą

Witajcie!
Dziś, dla odmiany chcemy przedstawić Wam ciekawą, chociaż (jeszcze) nieznaną szerzej personę z Beskidu Niskiego. Artysta, romantyk, marzyciel - wizjoner. Tak można opisać krótko Daniela Szczerbę, mieszkańca Uścia Gorlickiego, miłośnika gór i pięknych krajobrazów, a prywatnie - naszego dobrego przyjaciela i częstego towarzysza wędrówek.

A co Daniel sam powie o sobie? Zobaczcie sami 😊


Ł:  Daniel, na początek chyba najważniejsze pytanie – od jak dawna zajmujesz się tworzeniem sztuki? I jakie techniki lubisz najbardziej?


DS: Od kiedy pamiętam bazgrałem różne rzeczy. Jakoś sprawiało mi to przyjemność, ale tak poważniej podszedłem do tego w drugiej klasie liceum, kurcze, to już 6 lat ! W tych okolicach czasowych chyba też pierwszy obraz na płótnie farbami olejnymi napaprałem. Technik różnych używam: pastela, ołówek, akryl, węgiel też się pojawiał, tusz i pewnie inne też się znajdą, ale najczęściej farby olejne i akwarela, więc te dwie chyba lubię najbardziej, przynajmniej na chwilę obecną.

Ł: Jak często motywem przewodnim jest w Twojej twórczości temat Łemkowszczyzny? Czy Beskid Niski jest dla Ciebie hm, inspiracją podczas pracy przy sztaludze?

DS:Ciężko mi jest określić częstotliwość jakąś miarą, najbardziej trafnie będzie słowo: często. Głównie są to obrazy związanie z architekturą Łemkowską. 'Kilka' chyży i cerkiewek zostało na płótno i papier przeniesionych, m. in. Cerkwie z: Kwiatonia, Owczar, Uścia Gorlickiego, Piorunki, Izb, Bielicznej...
Tak zdarza się i to również często, że Beskid Niski jest impulsem do działania, te scenerie same w sobie są jak z obrazka. :)

Ł: Mieszkasz na Łemkowszczyźnie, niemal w jej sercu, a nie jesteś Łemkiem – czy zastanawiasz się czasem nad kolejami losu, które zawiodły tu Twoją rodzinę, a wiec i Ciebie? Czy dobrze Ci jest tutaj, na południu?

DS: Zgadza się, Łemkowszczyzna to mój mały dom. Często myślę na ten temat i do różnych wniosków dochodzę. Smutno, że ludzkie decyzje spowodowały na  dużo cierpień związanych z wysiedleniami, ale niestety każdy popełnia błędy. Jeżeli o mnie chodzi, to świetnie  się w tych stronach czuję i chociaż zdarzało się, że długie rozłąki miałem z tymi terenami, to zawsze duchem wracałem. Dodatkowo cieszy mnie to, że te kilka wyznań religijnych w okolicy ( pięć lub siedem różnych ) nie wchodzą sobie w drogę,  a nawet okazują sobie szacunek. Wiadomo zdarzają się przykre incydenty, takie np. jak dewastacja nazw miejscowości napisanych cyrylicą, ale tylko skrajne przypadki.

Ł: A jak myślisz, jak by wyglądały dzisiejsze wsie łemkowskie gdyby nie było wysiedleń?

DS: Myślę, że wiele miejsc cieszyło by się dalej życiem, a teraz często tylko cerkwiska (place nieistniejących cerkwi) ,poniszczone krzyże gdzieś w krzakach i reszki podmurówek łemkowskich chyży pozostały... Święty nie jestem, ale nawet dla niewierzącego chyba klimatycznym widokiem taka łemkowska architektura.


Ł:  Mieszkasz w Uściu Gorlickim, czy spotykasz się często z kulturą łemkowską?

DS:Mogę powiedzieć nawet, że po części kawałkiem mojego życia jest Łemkowszczyzna, bo nie wyobrażam sobie tych terenów, np. bez tych malowniczych cerkwi. Poza tym dwujęzyczne nazwy miejscowości przypominają o Łemkach, co rok odbywa się też Watra w Zdyni. Wspomniałem wcześniej o cerkwiach, ale są też inne architektoniczne elementy tej kultury, jak przykładowo jeszcze spotykana charakterystyczna  Łemkowska zabudowa.

Ł: Co w ogóle sądzisz o rozwoju turystyki i osadnictwa na terenie Beskidu Niskiego, chociażby w Twojej okolicy?

DS: Ciężko mi jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na ten temat w głowie myśli mam za i przeciw. Pozytywnym jest często spotykany fakt, iż jeżeli ktoś decyduję się na uwicie swojego gniazda tutaj u nas, to robi to z szacunkiem do do historii tego terenu. Przykładowo jest kilka chyży lub innych budowli nawet starszych niż sto lat, uratowanych, bo są ludzie, którzy czują duszę, klimat takiej zapisanej kilkudziesięcoletnimi wydarzeniami, architekturą i budują swoje kąty ze starych domów lub robią ich renowację, albo je kupują i «przenoszą» odnawiając przy okazji w inne miejsce.  Sam też mam podobnie i jeżeli dobre wiatry powieją w tym kierunku, to taki domek odnowiony gdzieś stanie. :) Plusem również jest to, iż ciekawe osobistości można mieć za sąsiadów. Kilka kilometrów od miejsca gdzie mieszkam, osiedlił się Pan Lech Dyblik, wg mnie Aktor z tych aktorów przez duże A i właśnie też kupił starą chyżę i przywraca jej blask. Również Pan Andrzej Stasiuk (brzmi znajomo, prawda ?) wybrał bliskie nam strony, do Wołowca przybył. Można by wymieniać długo jeszcze. Teraz te gorsze strony. Przez osadnictwo wkracza do nas KOMERCJA, sztuczność, ujednolicenie wkracza. W dużym skrócie ująłem moją opinię na ten temat.

Ł: Mieszkałeś dawniej przez wiele lat na Pogórzu – czy jesteś w stanie stwierdzić, gdzie lepiej Ci się żyje – tam czy tutaj?

DS:Hmm... Też trudne pytanie dla mnie. Mieszkałem w kilku miejscach w życiu już i ciężko mi znaleźć jakieś, gdzie nie zostawiłem miłych dla siebie wspomnień. Od kiedy pamiętam ciągnęło mnie do pięknych widoków i Beskid Niski tutaj chyba na prowadzeniu, chociaż... ten widok Tatr czasem z Pogórza... Ach...

Ł: Pytamy o to każdego, więc i Tobie nie darujemy odpowiedzi – powiedz nam, które miejsce na Beskidzie Niskim jest Twoim ulubionym?

DS: Cały Niski jest moim ulubionym :)

Ł: Już nie raz Twoje prace ujrzały światło dzienne, z jakim najczęściej spotkałeś się odzewem? Myślałeś może kiedyś zrobić jakąś wystawę tylko o tematyce Beskidu Niskiego – Łemkowszczyzny?

DS: No tak, zgadza się, parę osób widziało moje maziaje. W zeszłym roku odbyła się indywidualna wystawa tych maziaji, a latem tego roku miałem przyjemność uczestniczyć w zbiorowej wystawie «Artystyczny Biecz- Świt». Wszystko to dzięki stowarzyszeniu Maszynka Kreatywności, Muzeum Ziemi Bieckiej,  Miejskiej i Gminnej Biblioteki Publicznej w Bieczu  oraz Miejsko-Gminnemu Ośrodkowi Kultury w Bieczu. Ogólnie z bardzo pozytywnymi opiniami się spotkałem. W planach są kolejne wystawy i o pomyśle na takową wystawę myślałem i myślę dalej i będę się starał, żeby to doszło do skutku. Bardzo mi miło również, że podczas niedawnej rozmowy wykazaliście chęć pomocy w organizacji, więc może «COŚ» z tego będzie... :)

Ł: Byłeś jakiś czas za granicą. Powiedz czego najbardziej Ci brakowało?

DS: Tych scenerii i zaufania jakie można mieć do sporej ilości osób tutaj mieszkających. Ludzie tutaj bardziej empatyczni są...


Jesteśmy spóźnieni i . . .


Tak oto w paru skromnych słowach opowiedział o sobie nasz przyjaciel. A serce się w człowieku raduje, bo takich jak On, nietuzinkowych, młodych osób jest w Beskidzie Niskim wiele! Wiele pomysłów, wiele marzeń - każde zaś jest cegiełką do rozwoju naszej pięknej krainy. Rozwoju bez tandety i masówki, jaką można już w innych regionach spotkać.
Trzymamy kciuki za Daniela i jemu podobnych, by wszystkie te plany i marzenia udało się zrealizować!


A na koniec link do fan - page prowadzonego przez Daniela. Tam zobaczycie niektóre z jego "maziaji"... hm.. 😊

Pozdrawiamy!

niedziela, 13 listopada 2016

Okiem wędrowca - Deszno

Witajcie,

dzisiaj zapraszamy Was znów na spacer po kolejnej, dziś de facto nieistniejącej, miejscowości.

Jadąc do Jaślisk przejeżdżacie przez Rymanów, Posadę Górną i Rymanów-Zdrój, potem mijacie rozlewnię wody "Celestynka" i niedługo dojeżdżacie do Królika Polskiego. I nie ma w tej podróży nic wyjątkowego, gdyby nie to, że mijając rozlewnie, kilkanaście metrów dalej po lewej stronie pośród drzew zobaczyć możecie krzyże, To jedna z niewielu pamiątek po dość dużej wsi - Desznie.

Na cmentarzu w Desznie 

Deszno położone jest w dolinie Taboru, między Królikiem Polskim a Rymanowem-Zdrój. Wieś otaczają wzgórza, m. in.
Deszno, a po łemkowsku Doszno, ma stare, średniowieczne korzenie. Wieś lokowano już w XIV wieku. Nie wiadomo co prawda dokładnie kiedy, niemniej pierwsze wzmianki o wsi pochodzą z 1389 roku. Właścicielem wsi był słynny Zyndram z Maszkowic, ówczesny miecznik krakowski, później jeden z bardziej znanych bohaterów spod Grunwaldu. Dokument wspomina, że podarował on Janowi Henselingowi (właścicielowi Jaślisk) grunty między Desznem a Jaśliskami. Wieś pierwotnie była lokowana więc na prawie polskim.
Osada rozwijała się spokojnie, leżąc w dolinie Taboru. W roku 1470 właścicielką była Katarzyna Siemieńska. Potem, w 1536 roku,  przeszła w ręce Konstantyna Gładzińskiego za cenę 200 złotych polskich.



W roku 1552 odnotowano tutaj 16 gospodarstw, karczmę z browarem i młyn wodny o jednym kole. W XVIII wieku wieś podzielona była na trzy części - zagrody przydomowe na kamienistym, nieurodzajnym gruncie (Horody), Wyhin - teren częściowo wykorzystywany pod uprawy, w głównej części jednak pod wypas oraz Hubyn - teren wypasowy.
W roku 1820 właścicielką była Zofia Skurska
Pod koniec XIX wieku mieszkało tutaj 370 osób, z czego 250 Rusinów i 120 Polaków. Mieszkańcy, mimo różnic wyznaniowych żyli ze sobą w zgodzie, chociaż mieszane małżeństwa były tutaj rzadkością. Działał tutaj folusz, tartak i młyn.
Deszno rozwijało się powoli aż do 2 połowy XIX wieku, kiedy to w 1878 roku między Desznem a Posadą Górną odkryto źródła mineralne, które dały początek rymanowskiemu uzdrowisku. Szybko zaczęto otwierać dla pierwszych kuracjuszy kwatery w Desznie, a wielu chłopów obwoziło gości po okolicy furmankami. W Desznie przebywał w 1901 roku.  Stanisław Wyspiański.
Łemkowie z Deszna bardzo dbali o tradycje. Nosili tradycyjne stroje, pielęgnowano dawne tradycje, obchodzono święta. Dużą uroczystością była noc z 6 na 7 lipca, czyli Sobótki. Całą noc tańczono przy płonących ogniskach...

rzut oka na "Celestynkę" od strony cmentarza

W roku 1911 do Deszna zawitał ukraiński etnograf i muzykolog Filaret Kołessa. Spisał on tylko w jednym domu, u rodziny Kowaliów około 50 pieśni łemkowskich. Wydał je potem we Lwowie, w zbiorze "Narodowe pieśni z Łemkowszczyzny".
Mieszkańcy zajmowali się, oprócz hodolwą i rolnictwem także tkactwem. Działał we wsi również młym wodny, napędzany wodami Taboru.
I Wojna Światowa to czas znacznych zniszczeń Deszna i okolicznych wsi. W latach 1914-15 kilkakrotnie w tym rejonie toczono walki. Jednak po wojnie wieś odbudowano. Desznianie prowadzili też żywą działalność kulturalną. Powstał zespół "Wertepy", działający w sąsiednich wioskach polskich i łemkowskich. Oprócz tego powstał też zespół dziecięcy oraz grupa taneczna.
W roku 1934 powstał Apostolska Administracja Łemkowszczyzny, będąca odpowiedzią na przechodzenie Łemków na Prawosławie. Za siedzibę nowo utworzonej kurii obrano Rymanów-Zdrój, a ponieważ nie było tam cerkwi unickiej, rolę świątyni katedralnej objęła cerkiew w Desznie. Tutaj odbyły się m. in. uroczystości pogrzebowe pierwszego administratora AAŁ, ks. Bazylego Maściucha,


Parafia w Desznie obejmowała swoim zasięgiem Deszno, Rymanów-Zdrój, Wołtuszową, Posadę Górną i Bałuciankę. Była to więc duża parafia.
Ostatnią cerkiew w Desznie wzniesiono w roku 1866 (pierwsza wzmiankowana jest w 1526 r.). Nosiła wezwanie Narodzenia Bogurodzicy. Świątynia była zbliżona forma do cerkwi w Bałuciance. Byłą trójdzielna, drewniana, z wolnostojącą dzwonnicą parawanową przed cerkwią. Nad babińcem stała przysadzista, drewniana wieża. Cerkiew otaczał mur z kamienia rzecznego. Świątynię rozebrano w latach 50, na cerkwisku pozostały tylko trzy nagrobki - jeden skrywa prochy ostatniego desznieńskiego parocha, ks. Włodzimierza - osadzono na nim krzyż z cerkiewnej kopuły.  Cerkwisko zobaczyć można z drogi, otacza je charakterystyczny wieniec drzew.

Miejsce po cerkwi widziane z szosy

II Wojna Światowa przyniosła czas przymusowych wyjazdów na roboty do Niemiec. Był to również czas zagłady miejscowych Żydów (3 rodziny) i Cyganów (2 rodziny). Armia Czerwona wkroczyła tutaj 22 września 1944 roku. Podczas walk spłonęło wówczas wiele domów. W 1945 roku na tereny SRR wyjechała większość Łemków z Deszna. Wielu straciło swój dobytek podczas walk rok wcześniej, więc skusiły ich obietnce "raju" na Ukrainie.  Duża część wsi wtenczas opustoszała. W roku 1946, w noc Trzech Króli kilka sotni (m. in. "Chrina") spaliło opuszczone przez Łemków zabudowania w Wołtuszowej, Desznie, Szklarach i Króliku Wołoskim. W Desznie w ogniu zginęło 5 osób, spłonęło kilkadziesiąt domostw, ocalała tylko cerkiew. Budynki zniszczono planowo, by uniemożliwić osiedlenie się tutaj polskich osadników. Pewna ironia losu, bowiem gdy po "odwilży" Łemkowie uzyskali szansę powrotu na swoje ziemie, warunkiem była często obecność własnego domu - można go było ewentualnie odkupić od Polaków. Jeśli jednak go nie było... I tak  do Deszna Łemkowie wrócić nie mogli.

Na cerkwisu pozostały 3 nagrobki i resztki kamienego murku okalającego cerkiew...

Cerkiew unicką rozebrali na budulec w 1956 roku mieszkańcy sąsiedniej Lubatowej. Z pozyskanego budulca wzniesiono Dom Ludowy. Uratowano na szczęście ikonostas. Ikony, m. in. ikona śś Piotra i Pawła z XVI wieku, trafiły do Muzeum Historycznego w Sanoku, i można je teraz podziwiać na ekspozycji stałej poświęconej sztuce cerkiewnej.

Grób z inskrypcją w jęcyku Polskim

jeden z 14 pięknych nagrobków

Po dawnych mieszkańcach pozostało niewiele.  W górnej części wsi, gdzie mieszkali dawniej Łemkowie, pozostały zdziczałe sady, teren porasta lasem. Tutaj też pozostał cmentarz łemkowski, a na nim czternaście kamiennych nagrobków z XIX i XX wieku. Jest tu również nagrobek łaciński. W latach 90 cmentarz remontowała Grupa "Nadsanie".
Niedaleko cmentarza, kilkanaście metrów dalej, tyle że po drugiej stronie szosy, otwarto w 1980 roku rozlewnię wód mineralnych z rymanowskich ujęć. Tu też produkuje się słodkie napoje na bazie czystej wody źródlanej "Celestynka". Na terenie rozlewni znajdują się też pozostałości młyna. Cmentarz znajduje się około 300 metrów od miejsca po cerkwi. Do cerkwiska dojdziecie od cmentarza, idąc szosą w stronę Rymanowa. Zobaczycie po prawej stronie grupę wysokich drzew.
Niedaleko cerkwiska jest też XIX wieczna kapliczka.
Deszno de facto nie istnieje - od 1996 roku jest przedmieściem Rymanowa-Zdroju.
Tu jeszcze dodać trzeba, że przy cerkwisku i cmentarzu stoją tablice informacyjne z opisem historii wsi, wzbogacone zdjęciami.

Ikona śś Piotra i Pawła z Deszniańskiej cerkwi w zbiorach MH w Sanoku

Deszno odwiedzamy często. Leży bowiem na przemierzanej przez nas często trasie na Jaśliska. Często też zostawiamy auto pod "Celestynką" i podchodzimy na cmentarz czy cerkwisko. Chociaż o zdjecia trudno - zawsze słońce płata nam tu figle, a od pewnego czasu nie zabieramy po prostu aparatu. Chcemy się cicho pomodlić, skupić.. I ruszamy dalej...

Pozdrawiamy, do zobaczenia na szlaku!







Źródła inf.:
Luboński P. (red.), 2012, Beskid Niski. Przewodnik prawdziwego turysty.
Grzesik W., Traczyk T., Wadas B., 2012, Beskid Niski. Od Komańczy do Wysowej.
cerkiewne.tematy.net
www.info.rymanow.pl

niedziela, 30 października 2016

Rękodzieło - czyli to co powstaje z duszy przy użyciu rąk

Witajcie,
nie wiem czy Wy też odnosicie takie wrażenie, ale wydaje nam się, że powoli ludzie wracają do prostoty. Rośnie zamiłowanie do natury, sporo osób przenosi się z miasta na wieś i trend ten nie maleje a wzrasta. Ale co na wsi można robić? I tu Was być może zdziwimy bo prócz rolnictwa, pasterstwa czy pracy w okolicznych miastach można tworzyć cudeńka. W Małopolsce powstał nawet Szlak Tradycyjnego Rzemiosła, który promuje regionalnych twórców.
Na stronie szlakrzemiosla.pl znajdziecie miejsca gdzie mieszkają regionalni twórcy i co tworzą.
A tak na kraj Łemków i ich zawody patrzy Radosław Kotarski tutaj.

Jest wiele takich miejsc, także na terenie Beskidu Niskiego, gdzie ludzie wciąż tworzą regionalne cuda. Postaramy się Wam pokrótce pokazać miejscowości położone na naszym ukochanym Beskidzie, gdzie dawne zawody jeszcze nie umarły, gdzie zachowała się cząstka dawnej ludzkiej zaradności i zamiłowania do pracy.
Warto mieć to na uwadze. Dlaczego? Bo tutaj możecie zabrać dzieci, pokazać im pracę kowala czy łyżkarza. Rzemieślnicy aktywnie działają w regionie - często można ich zobaczyć przy pracy na okolicznych ewentach, imprezach kulturalnych jak np. w skansenach w Nowym Sączu, Szymbarku czy w Sanoku, w muzeach czy na regionalnych wydarzeniach. A przecież wielu tych zawodów tak na prawdę nie ma, zachowały się szczątkowo. Fabryki, przemysł nowoczesny, linie montażowe, komputery, nowoczesne technologie - wszystko to wyparło niestety skutecznie działających dawniej licznie rzemieślników, produkujących na potrzeby lokalnych mieszkańców. A dziś nie ma już potrzeby podkuwania koni czy toczenia na kole garnków...

Zabieramy Was w odwiedziny do kilku beskidzkich miejscowości. Znalazły się one na Szlaku Rzemiosła nie bez powodu. Tutaj bowiem działają ludzie kultywujący dawne zawodu. Dzięki nim można zobaczyć, że życie nie było tak łatwe i wygodne jak dzisiaj. Gdy nie było fabryk i supermarketów, wszystko trzeba było zrobić samemu lub też zakupić potrzebny przedmiot u osoby, która potrafiła go zrobić.

Bartne
Wieś ta słynęła w regionie z kamieniarstwa. Surowiec kamieniarze pozyskiwali m. in. Magurycza Wielkiego czy Kornutów. Do dziś pozostało w Bartnym i okolicy wiele krzyży przydrożnych i cmentarnych, świadczących o aktywnej działalności tutejszych rzemieślników. Oprócz krzyży i kapliczek, kamieniarze wyrabiali m. in. osełki, blaty stołów, płyty chodnikowe. W Bartnym do 2011 działał Jan Chwalik, kamieniarz kultywujący tradycje Bartniańskie. Zdążył przed śmiercią wychować swojego następncę. Jest nim Pan Emil Kania, parający się kamieniarstwem od 2006 roku. Obecnie jest kierownikiem Zagrody Maziarskiej w Łosiu, będącej oddziałem Muzeum "Dwory Karwacjanów i Gładyszów" w Gorlicach. Jak mówi Pan Emil, wykucie jednego niedużego krzyża to praca na około miesiąca. Tu warto nadmienić, że Bartnianie łączyli się dawniej w spółki, by łatwiej móc pozyskiwać surowiec i realizować zamówienia, co było wtenczas rzadkością.
Autorów można poznać po charakterystycznych elementach w ich dziełach.


Pobijak był jednym z podstawowych narzędzi kamieniarskich. Za greckokatolicką cerkwią w Bartnym stoi jego "pomnik", a tuż obok, w spichlerzu plebańskim można obejrzeć ekspozycję kamieniarską

Bielanka
W Bielance działa dwóch rzemieślników. Działają tutaj Roman Penkała i Roman Feciuch, dziegciarze, czyli rzemieślnicy trudniący się wyrabianiem dziegciu - znanej z właściwości leczniczych gęstej mazi o żółtym lub czarnym kolorze, o charakterystycznym zapachu. Otrzymuje się ją w procesie suchej destylacji kory. Pracę rozpoczynano od wykonania mielesza, czyli dołu wypełnionego szczelnie drewnem i obsypanego ziemią. Potem umiejętnie podpalano stos, a u podstawy podstawiano naczynie na skapujący dziegieć. Dziegieć stosowano na choroby skórne, ale też używano go jako smar czy klej.

Czarne
Chociaż Czarne na szlaku się nie znajduje, postanowiliśmy tutaj wspomnieć o tym miejscu. Mieszka tutaj Pan Jurek Szczepkowski. Prowadzi tutaj warsztaty ceramiczne. Sztuki wyrobu ceramiki uczył się w USA, na Manhattanie. Wyrabia m. in. kubki, urny, akcesoria do Yerba Mate, Jest mnichem zakonu Zen, i w Czarnym prowadzi warsztaty medytacji Zen.

Krzywa
Tutaj działa Pani Anna Dobrowolska, krywulczarka. Krywulka to rodzaj tradycyjnej biżuterii łemkowskiej. Robi się ją z malutkich szklanych, kolorowych koralików nanizianych na cienką nitkę. Całość tworzy piękną, misterną i skomplikowaną sieć. Na prawdę rzuca się w oczy. Pani Anna jest osobą aktywną w regionie, i każdy wędrowiec zapuszczający się częściej na Beskid Niski musiał o niej słyszeć.

Tak wygląda jedna z krywulek pani Anny
Nowica
Wieś ta słynie z łyżkarstwa, czyli z produkcji drewnianych łyżek. Najpierw odpowiedni kawałek odpowienio ociosywano, potem strugano specjalnm dłutem, a z czasem łyżkarze zaczęli uzywać ręcznej tokarki. W Nowicy działają trzej łyżkarze - Franciszek Grybel, Piotr Michniak i Stefan Michnik. We wprawnch rękach produkcja łyżki zajmuje około 10 minut. Dzisiaj łyżki często są dodatkowo ręcznie malowane, zdobione ornamentem i są atrakcyjną pamiątką dla turysty. Pan Piotr Michniak w czerwcu i wrześniu jeśdzi "po świecie" i prezentuje słabo znaną ludziom metodę produkcji łyżek za pomocą tokarki sznurkowej.

Co ciekawe Nowica słynie też... z baranków. A to za sprawą Pana Dymitra Michniaka, zajmujacego się wyrobem drewnianych form na masło w kształcie baranków czy też form na ser. Jak mówi Pan Dymitr, każdą formę trzeba przepuścić przez ręce 16 (!) razy, za każdym razem używając innego dłuta. Pracą zajmuje sie w okresie zimy. Jego wyroby znane są w Poznaniu, Leszna czy Kaliczu. Ale w samej Nowicy nikt baranków nie kupuje.
Tokarka ręczna do wyrobu łyżek. Ta akurat znajduje się w Zagrodzie Maziarskiej w Łosiu
Ropa
W Ropie działa Pan Jan Piechowicz, kowal. Dawniej miał dużo pracy, dziś działa rzadziej, i zajmuje się kowalstwem artystycznym. Posiada w domu tradycyjną kuźnię z miechami. Pochodzi z rodziny kowalskiej. Kowal dawniej był cenionym rzemieślnikiem, potrafiącym okiełznać ogień i żelazo, Dawniej, w odległych czasach wiec kowali uważano za ludzi związanych z magią. Kowale zazwyczaj zajmowali się fachem dodatkowo, a podstawą utrzymania było rolnictwo. Warto wspomnieć, że doskonałymi kowalami byli Cyganie.

Wnętrze kuźni znajdującej się w skansenie w Szymbarku
W Ropie kultywowane jest również młynarstwo. Młynarstwo de facto znane jest od czasów osiedlenia się na stałe człowieka w jednym miejscu - czyli od neolitu. Młynarz na wsi był ważną postacią, czuwał nad procesem wyrobu mąki. Młynom często nadawano imiona. Były często też miejscem pracy i domem dla młynarza i jego rodziny. W Ropie działają Panowie: Alfons Kulka i Michał Siuta. Pan Alfons Kulka konstruował przydomowe wiatraki, znane na Pogórzu. Rzemiosła nauczył się od sąsiada. Taki wiatrak odwracało się zależnie od kierunki wiatru. Dawniej do wyrobu wiatraku używało się piłę, dłuto, ośnik i siekierę, dziś zaś używa się narzędzi mechanicznych. Kamienie młyńskie kupowano w Gorlicach od Bartniańskich kamieniarzy. Z kolei Pan Michał swój młyn konstruował 3 lata. Wszystkie mechanizmy wyrabiał sam. Skonstruował też koło wodne i małą elektrownię.

Młyn z Ropy znajdujący się w skansenie w Szymbarku

Tutaj działa też Pan Zdzisław Kopek. Zajmuje się wyrobem drewnianych narzędzi kuchennych - przede wszystkim kuchennych wałków. Produkuje narzędzia maszynowo, używając m. in. frezarki. Do produkcji używa tylko drewna bukowego.


Ropica Górna
Tutaj działa snycerz, Pan Roman Bodak. Snycerz to rzemieślnik, zajmujący się rzeźbieniem w drewnie. Pan Roman wyrabia m. in. chocle, tzw. nalewajki, ale wyrabia też maślnice, kubki, pojemniki z przykrywką czy drewniane moździerze. Najlepsze do obróbki jest drewno liściaste - dąb, lipa, orzech. Materiał trzeba suszyć minimum dwa lata. Pan Roman jeździ na imprezy m. in. do Sanoka, na Watrę do Zdyni czy do Szymbarku. Swoje wyroby, jak na snycerza przystało, pięknie dekoruje.

Na stronie opisującej szlak znajdziecie wiele innych miejscowości z Małopolski, gdzie znajdziecie wiele innych ginących zawodów

Na terenie Beskidu Niskiego więcej miejsc na szlak nie wpisano. Pewnie pomyślicie, że to niewiele. Nic dziwnego. Dawne zawody umierają, tak jak ludzie znający tajniki dawnej produkcji rzemieślniczej. Niestety wiele z tych zawodów za jakiś czas zupełnie przestanie być kultywowana, bo z powodzeniem dłuta, świdry i zręczne palce zastępowane są przez precyzyjne wykrawarki i obrabiarki, a ludzką fantazję - zastępują programy komputerowe. Przykre to trochę, wszak jeszcze przypominają się czasy dzieciństwa, kiedy to dziadek szedł do kowala, by ten wyklepał lemiesze do pługa, czy chodzenie po jarmarkach, gdzie można było kupić drewniane narzędzia do kuchni, uprzęże końskie czy też inne przybory wtenczas jeszcze potrzebne w domach. Nie było to tak dawno, ale czas idzie do przodu bardzo szybko...
I tylko brakuje tych dawnych narzędzi kuchennych. Nie gięły się, deski do krojenia nie pękały.. Nie to co te dzisiejsze, z półki w supermarkecie.. :)
No, dość wzdychania, trzeba już kończyć ten krótki wpis. Dziękujemy za odwiedziny i pozdrawiamy!

Wpis powstał w oparciu o stronę www.szlakrzemiosla.pl - od dawna zaglądamy tutaj, czytamy. Polecamy Wam serdecznie tą stronę - i odwiedzajcie imprezy kulturowe, by poznawać ginące zawody.