Zanim wejdziesz, przeczytaj :)

1) Materiały wykorzystane przez nas ( zdjęcia, rysunki, opisy ) służą tylko celom dydaktyczno - informacyjnym, nie czerpiemy z działalności żadnych korzyści. Wykorzystujemy materiały zarówno własne, jak również pozyskane w internecie, lecz tylko by ukazać czytelnikom piękno naszego świata :). Materiał internetowy pozyskujemy legalnie (nie jest on zastrzeżony prawami autorskimi, pochodzi ze źródeł masowych i edukacyjnych) - nie kradniemy niczyjej pracy. Jeśli jednak znajdziesz u nas swoje materiały bez wyraźnej zgody (mogło zdarzyć się niedopatrzenie z naszej strony) i poczujesz się urażony - prosimy, poinformuj nas, a natychmiast znikną one z naszych łamów :)
2) Blog nie ma charakteru naukowego. Jest to strona popularyzatorska. W miarę naszych możliwości (i ponieważ historia to nasze hobby) staramy się jak najwięcej umieszczać informacji historycznych oraz korzystać z literatury tematycznej, niemniej nie gwarantujemy "nieomylności" :)
3) Ilustracje opatrzone znakiem wodnym są naszą prywatną własnością. Jeśli znalazłeś tutaj przydatną ilustrację - napisz do nas. Podobnie rzecz ma się z zamieszczanymi tekstami.

Komentarze

Ponieważ od dłuższego czasu jesteśmy zalewani masowo wielojęzycznym spamem w komentarzach, i Wasze wiadomości musimy z trudem wyłuskiwać, zawieszamy możliwość komentowania postów. Z braku czasu nie jesteśmy w stanie na bieżąco tego monitorować. Zawsze, w każdej sprawie możecie napisać do nas wiadomość e-mail bądź na fb. Dziękujemy, że jesteście z nami! :)

niedziela, 29 września 2019

Ścieżka w koronach drzew - hit czy kit ?

Witajcie,
dziś chcielibyśmy zabrać Was na wycieczkę w Beskid Sądecki, a konkretnie do Krynicy Zdrój. Miasteczko samo w sobie uzdrowiskowe i bardzo piękne, ale nie o tym dzisiaj. Pewnie sporo z Was słyszało o ścieżce w koronach drzew. Nas również zaciekawił ten fakt. Słyszeliśmy, że taka atrakcja jest u naszych Słowackich sąsiadów...ale doszły nas też słuchy, że takie cudo ma powstać w kraju. I to nie w tak dalekiej odległości bo w Krynicy Zdroju.
Mając w zanadrzu nieco wolnego czasu postanowiliśmy się przekonać na własnej skórze jak to jest "buszować" w koronach drzew. Jadąc wczesnym rankiem w stronę miejsca docelowego napotkaliśmy na sporą mgłę. Podziwianie więc górskich panoram zostawiliśmy sobie na późniejsze godziny.

Warto szturmować stoki trasy zjazdowej - fajne rzeczy można zobaczyć

Ścieżka widziana z wieży widokowej

I tak około południa zostawiliśmy auto na parkingu. Aby dotrzeć w ogóle do ścieżki jest do pokonania spore wzniesienie. Można na górę wygodnie wjechać kolejką krzesełkowa, albo wdrapać pieszo sąsiednim stokiem narciarskim. My jako bywalcy górscy wybraliśmy tą drugą opcję. I o ile zejście nie stanowiło problemu, to z wejściem już było gorzej.  No cóż musieliśmy wdrapać się po skraju stoku narciarskiego, który do najłagodniejszych nie należy. Ale jak to mówią po trudach do gwiazd. Niemniej poważnie zastanowiła nas ta ścieżka - zapewne nie do końca dogodna dla każdego. Sama bowiem"Ścieżka w koronach drzew" to obiekt rekreacyjny, więc nie wszyscy szykują się na wymagające podejście. Obiekt znajduje się na grzbiecie Drabiakówki na wysokości 846 m n. p. m., tuż obok stacji narciarskiej "Słotwiny Arena".

Taki widok można wypatrzyć w sąsiedztwie trasy

Tu w końcu można "dotknąć koron lasu"

W połowie drogi po lewej stronie rysuje się pokaźna wieża widokowa z kawałkiem ścieżki w koronach. Konstrukcja już z daleka robi spore wrażenie, i (niestety) trudno jej nie dostrzec. Po dotarciu na szczyt stoku więc nie zastanawiamy się ani chwili i ruszamy na lewo przez las niebieskim szlakiem pieszym. Zresztą do przejścia jest około 200 metrów więc nie ma możliwości pobłądzenia.. Po chwili naszym oczom ukazuje się ogromna drewniana budowla. A właściwie plątanina drewnianych filarów, wsporników i kładek. Na pierwszy rzut oka wygląda to dosyć chaotycznie, jednak po oswojeniu się z tą nowinką można dostrzec logiczny układ i przemyślaną konstrukcję. I widać też od razu, że na budowę obiektu zużyto masę drewna! Wiele drzew niestety musiano ściąć, by móc wędrować "w koronach"... innych drzew. Na wieżę nie można wchodzić naturalnie z czworonogami, jednak pomyślano i o tym. Dla psiaków ulokowano kilka kojców. Jednak przeczucie kazało nam zostawić naszego Juniora w domu. I dobrze, bo kojce, chociaż ładne, zapewne nie są ulubionym lokum dla psów - tym bardziej że przechodzące gromady ludzkie z ciekawością oblegają zamknięte zwierzęta, co nie wpływa na pewno na ich komfort. Niemniej jednak zwierzęta są w kojcach stosunkowo bezpieczne, mają dach nad głową, miseczkę. Zazwyczaj żadne atrakcje turystyczne nie zapewniają takiej dbałości o czworonogi (ale kojców dla kotów, świnek morskich, papug etc. nie widzieliśmy 😊).

I wieża widziana ze ścieżki. Olbrzymia konstrukcja

U stóp ścieżki ulokowano dwa duże zbiorniki

Kupujemy bilet - kasy są schludne, nowoczesne, wyposażone w terminale płatnicze. Wydawane bilety posiadają kody, czytane przez specjalne bramki. System nowoczesny i praktyczny. Aczkolwiek trzeba za to słono zapłacić. A z kasy ruszamy już na trasę. Idziemy "pośród koron drzew". Ale tutaj zadziałał chwyt marketingowy. Jeśli ktoś liczy, że będzie mógł swobodnie mijać faktycznie korony drzew, oglądać (zależnie od pory roku) z bliska pąki, kwiaty lub liście - niestety spotka go spory zawód. W praktyce rzadko ma się wspomniane korony drzew na wyciągnięcie ręki. A szkoda. Sama ścieżka jest również niezbyt długa, i przejście jej zajmuje kilkanaście minut. Po drodze mija się kilka "przystanków" z atrakcjami multimedialnymi. Można m. in. rozwiązywać zagadki o tematyce przyrodniczej, zobaczyć krótkie prezentacje multimedialne o kulturze łemkowskiej czy o słowiańskiej demonologii. Całość jest rzecz jasna mocno uproszczona, by odbiór był możliwy również przez dzieci, niemniej jest to zawsze jakaś ciekawa alternatywa. Chociaż nam brakowało typowych prezentacji związanych z lasem właśnie.

Sama konstrukcja z bliska również robi wrażenie. Ale drzew szkoda...

Z parkingu można wygodnie wjechać na górę taką oto kolejką. Niby góry, a jednak można bez wysiłku szczyty zdobywać

Zbliżamy się do wieży - jest to przysłowiowy "gwóźdź" programy. Konstrukcja jest ogromna. By wejść na szczyt, trzeba obejść obiekt kilkakrotnie wokół - na górę prowadzi bowiem rampa. Mniej cierpliwi mogą wejść na górę po żelaznych schodach. Idąc powoli, można podziwiać zarówno przemyślaną konstrukcję wieży, jak też i okoliczne widoki. Pięknie będą prezentowały się lasy szczególnie jesienią!
Na samym szczycie przedostajemy się na stalową platformę. Która de facto drży pod wpływem wiatru. Ale widok z góry jest na prawdę przepiękny. Nas urzekł oczywiście kierunek Beskidu Niskiego. Wspaniale prezentuje się stąd Chełm czy Lackowa. Uczciwie przyznam, że przypomniałem sobie w drodze na wieżę, że mam lęk wysokości. Jednak konstrukcja drewniana jest stabilna, kładki szerokie i zabezpieczone solidną balustradą, i ze wspomnianą dolegliwością można tutaj skutecznie walczyć.
Jednak zdecydowanie cały czas raził nas ogrom wykorzystanego drewna - spory kawałek lasu musiał iść pod piłę, byśmy mogli cieszyć oczy takimi widokami.
Samą wieżę budowano 2 lub 3 lata - oddana została do użytku latem br. (czyli 2019.). Otwarcie opóźniło się niemal o rok, co nie dziwi, patrząc na skomplikowaną i wielką konstrukcje. Jest to pierwsza tego typu atrakcja w Polsce. I w gruncie rzeczy mamy nadzieję, że ostatnia. Konstrukcja bowiem poważnie zaburza piękny krajobraz Beskidu Sądeckiego. Sama wieża ma 46 mtrów wysokości! Cóż, jest to atrakcja po części rodzinna, pozwalająca podziwiać piękno gór bez wysiłku - do trasy bowiem można dojechać samochodem, z samochodu zaś wjechać na górę wyciągiem krzesełkowym specjalnie w tym celu zbudowanym. Niemniej czy na pewno o to chodzi w górach? O minimum wysiłku? Wydaje się nam, że jest raczej odwrotnie - piękny widok jest nagrodą za wylane pot łzy, a czasem nawet i krew.

Coś niecoś można z góry zobaczyć - np. piękny Chełm


Jednak jest to alternatywa np. na spędzenie wspólnego czasu dla grup mieszanych - jeśli Wy uwielbiacie góry, ale Wasi znajomi lubią tylko piękne widoki, a męczy ich już spacer do warzywniaka - to być może właśnie krynicka ścieżka w koronach drzew będzie dla Was alternatywą.
Trudno jest to miejsce ocenić jednoznacznie. Sami zresztą mamy w tej sprawie nieco podzielone zdanie. Na pewno nie jest to alternatywa dla piękna gór i przyrody. I zdecydowanie więcej takich obiektów nam nie potrzeba. Niemniej może to być ciekawa przygoda dla dzieci czy osób, które nie do końca mogą cieszyć się wędrówką górskimi grzbietami np. z powodów zdrowotnych. Jest to ciekawa przygoda, inne spojrzenie na góry - można powiedzieć "z góry". I same widoki również robią wieelkie wrażenie! Ale drzew żal..
Jeśli mielibyśmy ocenić obiekt w skali 1 do 10, to optymistycznie i bardzo łagodnie oceniamy je na 7.
Chyba w temacie ścieżki tyle. Wielu pewnie obiekt pokocha, wielu będzie rozczarowanych. Zapewne wielu z Was oceni obiekt na własną rękę.




Bardzo dziękujemy za odwiedziny i lekturę naszego bloga. Mamy nadzieję, że w dalszym ciągu dajemy Wam ciekawe wskazówki do poznawania Łemkowyny.
Pozdrawiamy!

niedziela, 8 września 2019

Na granicach - Rzepedka

Witajcie!
Dzisiaj pora spojrzeć na nasz piękny Beskid Niski (ale również i Bieszczady) nieco z "góry". Dawno już nie wspinaliśmy się wspólnie na żaden beskidzki wierzchołek. Warto więc na chwilę opuścić urokliwe dolinki, i wdrapać się na jeden z "kultowych" szczytów tego pasma górskiego. Zapraszamy na Rzepedkę!

Na najwyższym szczycie Rzepedki

droga ciągnąca grzbietem góry od Szczawnego

Szczyt ten wznosi się nad doliną Osławy - od zachodu u stóp góry usadowiło się Szczawne, a od południa - Rzepedź. U północno - wschodnich stoków istniała do połowy lat 40 wieś Przybyszów.

Rzepedka to góra dwuwierzchołkowa - dawniej nosiła nazwę Rożynkania, co można tłumaczyć "góra o kształcie rogu". Rzepedka, wraz z niewielkim pasmem Połońskiego Wierchu, stanowi przedłużenie Pasma Bukowicy. Nie jest to góra wymagająca alpinistycznej sprawności czy wyposażenia.
Co ciekawe, szczyt przypomina bardzo osławiony krajobraz bieszczadzkich połonin. Dzięki temu jest to góra niepowtarzalna. Drugiej takiej w Beskidzie Niskim nie znajdziecie.
Nie jest to wysoka góra. Najwyższy szczyt ma 708 m n. p. m., a drugi 706 m n. p. m.
Stoki północne, zachodnie i częściowo wschodnie porastają bujne lasy. Są domem m.in. dla niedźwiedzi. Natomiast stoki południowe oraz sam grzbiet tej podłużnej góry są wolne od pokrywy leśnej - znajdują się tutaj wielkie pastwiska i łąki. Dzięki temu można się tutaj wdrapać bez większych trudności od strony "starej" Rzepedzi. Polecamy Wam zresztą właśnie ten wariant - najpierw spacer po starej wsi, odwiedziny w cerkwi i potem udanie się starą drogą w kierunku Przybyszowa - a w wybranym przez Was momencie możecie szturmować górę, bez martwienia się o prowadzące nań drogi czy ścieżki.

W Szczawnym, u stóp góry

I jedna z wielu panoram ze szczytu

Inną opcją, bardziej wygodnicką, jest wejście na górę drogą prowadzącą ze Szczawnego. Droga wygodna, wykładana betonowymi płytami nie nastręczy Wam zbyt wielu trudności.
Przez Rzepedkę prowadzi żółty szlak Wojaka Szwejka. Na głównym szczycie spotkacie "dziadka nawigacji" - czyli wieżę triangulacyjną.

Warto wspomnieć kilka słów o pięknych panoramach ze szczytu. Ponieważ Rzepedka znajduje się właściwie na granicy Beskidu Niskiego i Bieszczadów, roztaczają się stąd piękne widoki na obydwa pasma górskie.
Patrząc w kierunku Beskidu Niskiego, możemy podziwiać nieodległą Tokarnię (778 m n.p.m.). Widać stąd też nieźle pasmo graniczne, m.in. Bieszczad (857 m n.p.m.) czy Kanasiówkę (823 m n.p.m.). Ładnie stąd widać np. pasmo Długiego Łazu nad Jawornikiem. Zobaczycie też  wzgórza na Pogórzu Bukowskim. Warto też spojrzeć w kierunku Bieszczad, na Chryszczatą, Smerek czy Połoninę Caryńską. Na prawdę roztaczają się stąd piękne widoki.
Oczywiście, jak przystało na porządny punkt widokowy, podczas inwersji widać stąd Tatry.
Oczywiście Rzepedka wchodzi w skład Korony Beskidu Niskiego.


na łąkach można się poopalać ;)

Rzepedka może stanowić ciekawy przystanek podczas dalszych wędrówek -drogą można przejść stąd do Przybyszowa, albo, ciągnąc dalej szlakiem Wojaka Szwejka (raczej słabo znakowanym) - dotrzeć przez Kamień (717 m n. p. m.) na Wahalowski Wierch (666 m n.p.m.) a stąd do Komańczy lub do nieistniejącej wsi Jawornik.

Można stąd mieć wgląd daleko w Bieszczady i Beskid Niski


Wędrówka przez Rzepedkę daje możliwość spojrzenia na Beskid Niski i Bieszczady z nieco innej perspektywy. Pozwala poczuć trochę "górskiej wolności". I na pewno daje szansę na odpoczynek od miejskiego zgiełku. Rzepedka jest łatwo dostępna zarówno dla piechurów, jak też i dla miłośników jazdy rowerem.
Chociaż nie wiążą się z tym szczytem żadne ważne wydarzenia historyczne, Rzepedka ma ogromne znaczenie dla miłośników Beskidu Niskiego. Daje możliwość podziwiania piękna okolicznych szczytów, dolin, wsi - i to niskim kosztem, bo wejście tutaj wielkich trudności nie nastręcza.
Z naszej strony to wszystko. Mamy nadzieję, że ten króciutki wpis zachęci (tych co nie byli) do wejścia na tą wyjątkową górę.
Pozdrawiam,
Kuba



Źródła inf.:
Luboński P., 2012, Beskid Niski. Przewodnik dla prawdziwego turysty.
Grzesik W., Traczyk T., Wadas B., 2012,Beskid Niski. d Komańczy do Wysowej
pl.wikipedia.org

niedziela, 25 sierpnia 2019

Oczami wędrowca - Blechnarka

Witajcie!
zapraszamy Was dzisiaj na spacer po cichej, spokojnej wiosce, niejako skrytej w cieniu wysowskiego uzdrowiska. Miejsce to, chociaż odwiedzane zazwyczaj tylko "niejako przy okazji" godne jest uwagi, i znajdzie tutaj coś dla siebie i historyk, i wędrowiec.
Ruszamy na spacer po Blechnarce.

Jeden z kilku przydrożnych krzyży

Nie brak tu urokliwych miejsc

Wieś znajduje się w dolinie rzeki Ropy - właściwie niedaleko jej źródlisk. Od północy góruje nad wsią szczyt Wysota (784 m n. p. m.) a od południa wioskę zamykają graniczne szczyty, Od stony zachodniej wieś graniczy bezpośrednio z Wysową-Zdrojem, a od zachodu sięga niemal przełęczy Wysowskiej.
Blechnarka powstała na fali osadnictwa wołoskiego, w 1 połowie XVI wieku. Dokładna data lokowania wsi nie jest znana - pierwsze wzmianki o wiosce pochodzą z dokumentów sądowych z roku 1528. Wtenczas to trwał proces o własność nad 13 osadami, prowadzony między rodami Gładyszów i Branickich. Wieś rozwijała się bardzo powoli, nawet jak na tutejsze warunki. W roku 1595 rejestry odnotowały 5 dworzyszcz wołoskich oraz 4 komorników bez inwentarza. Niewiele się zmieniło do roku 1629 - do tego czasu przybył w wiosce jeden komornik z bydłem.
Nie było tu łatwo żyć - wieś ulokowano na pograniczu z ówczesnymi Węgrami,skąd zapuszczali się w te strony tołhaje,  wkoło zaś królowała prastara puszcza karpacka. Klimat górski i mało żyzne gleby również nie zachęcały. Zapewne więc i sama Blechnarka była mało dochodowa, nic więc dziwnego że ciągle zmieniała swoich właścicieli.

Studnia wykonana przez Cyganów w 1900 roku

Cerkiew p.w. śś Kosmy i Damiana z 1801 roku

W roku 1770 na południu toczyły się walki polsko - rosyjskie. Mowa oczywiście o Konfederacji Barskiej. Również i w rejonie Wysowej i Blechnarki, na stokach Góry Jawor. W obozie, o dość pokaźnych rozmiarach, zlokalizowano m. in. magazyny zaopatrzenia i stanowiska dla artylerii. Obecność konfederatów była dla okolicznych mieszkańców ponoć bardzo uciążliwa. Łemkowie jeszcze przed II wojną światową wspominali o rekwizycjach żywności, inwentarza, napadach, pobiciach czy przymusowym wcielaniu w szeregi wojsk. W Blechnarce mieli również ponoć spalić świątynię (podobnie było i w Wysowej). 3 sierpnia 1770 roku podeszły tu wojska rosyjskie pod wodzą gen. Drewicza, i pokonały Polaków, dowodzonych przez Kazimierza Pułaskiego. Obóz został zniszczony.
Wieś rozwijała się powoli, ludzie żyli z hodowli, dużo dochodów dawała też puszcza (praca w lesie) a sezonowo mieszkańcy udawali się do pracy na Węgrzech. W XIX wieku również wjeżdżano za ocean.

Kaplica p.w. Św. Mikołaja


W 2 połowie XIX wieku wieś nawiedziła (zresztą jak teren całej Łemkowyny) epidemia cholery. Zebrała i tutaj krwawe żniwo, czego pamiątką jest usytuowany za cerkwią cmentarz choleryczny.
Łemkowie mieli stosunkowo bujnie rozwiniętą własną "mitologię", folklor - w kulturze Łemków jeszcze w latach 40 XX wieku istniało wiele przesądów, wierzono w liczne stwory i demony, Ważne miejsce w folklorze zajmowały upiry, czyli de facto nieumarli, wampiry. Szczególnie popularne stały się w XIX wieku, gdy Łemkowynę nawiedzały epidemie cholery - ludzie nie umiejąc znaleźć powodu rozprzestrzeniania się tej groźnej choroby, tłumaczyli to działalnością upirów. Upirem zostawało się po śmierci. "Kandydata" na upira można było rozpoznać przed złożeniem do grobu (niesztywniejące ciało, rumieńce na twarzy) a nawet za życia - ciemne, zrośnięte brwi czy czerwona twarz. Po śmierci upir mógł przychodzić do rodzinnego domu np. z tęsknoty, i nocną porą pomagać w obejściu. Częściej jednak upir szkodził, np. dusił bydło, bałaganił w obejściu, hałasował i chodził po wsi.

Cmentarz wojenny nr 50..

.. oraz nr 49

Z upirami na szczęście można było walczyć. Niekiedy (a w niektórych wsiach ponoć niemal masowo - np. w Jaworniku) obcinani zmarłemu głowę, wbijano w czaszkę lub serce gwóźdź bądź ząb brony. Sypano też mak - idący nocą upir miał liczy ziarna, a zanim docierał do celu - nadchodził wschód i musiał wracać do grobu. Na trumnę kładziono też wielkie kamienie czy tarninę.
Walką z upirami zajmowali się łemkowscy "wiedźmini" - zwani baczami. Nie przypominali raczej znanego wszystkim bohatera z dzieła Sapkowskiego. Byli to zazwyczaj pasterze, mający niezłe pojęcie o otaczającym ich świecie, znajomość leczniczych roślin oraz.. wiele sprytu.
Właśnie z Blechnarki pochodzi najsłynniejszy bacza łemkowski, żyjący po Polskiej stronie Karpat. Leszek Babej, bo tak się ów jegomość nazywał, trudnił się walną z demonami jeszcze w 1 połowie XX wieku (zmarł w roku 1926). Jego grób znajduje się na blechnarskim cmentarzu.
Bacza, kiedy dostał zlecenie, szedł nocą na cmentarz, odkopywał zwłoki wędrującego upiora - nierzadko z ust upira ciekła jeszcze krew, mająca być oznaką świeżej działalności (co de facto było jednak tylko elementem procesu gnilnego) i odwracał ciało twarzą do ziemi, i przybijał je do ziemi drewniany kołkiem lub np. zębem od brony. Odcinał też głowę, często kładąc ją w nogach, a trumnę zarzucał tarniną i kamieniami, a potem zasypywał ziemią. Za swoje usługi, podobnie jak słynny Gerard z Rivii, pobierał opłatę.

już poza asfaltem..

jeden z ciekawszych krzyży, tutaj zdjęcie sprzed kilku lat

Blechnarka nie stanowiła nigdy samodzielnej parafii - najpierw należała do parafii w Hańczowej, później zaś - w Wysowej.
Wiek XIX, pomijając epidemie cholery, by okresem spokoju. Wtenczas (1801 rok) wystawiono murowaną cerkiew, stojącą po dziś dzień we wsi. Zbudowano ją w stylu józefińskim. Dzisiaj jest ona domem dla licznej grupy nietoperzy. W 1867 roku właściciel tych ziem - Władysław Wojciechowski wstąpił do zakonu jezuitów, a swoje grunty odsprzedał gromadom z Blechnarki i Wysowej.

W czasie I Wojny Światowej Blechnarka znalazła się na linii frontu - Rosjanie bowiem dążyli do zajęcia przełęczy wysowskiej, jednego z przejść przez Karpaty. Wieś została w trakcie ciężkich walk pozycyjnych zniszczona. Front ustąpił dalej na północ dopiero w wyniku ofensywy gorlickiej Państw Centralnych. Pamiątką po tych wydarzeniach są dwa cmentarze wojenne z tego okresu - nr 49 (299 pochowanych) i nr 50 na stokach Wysoty (60 pochowanych). Cmentarz na Wysocie jest słabo zachowany, niemniej zaczęto jego remont. Z kolei remontowany w latach 90 cmentarz nr 49 powoli zaczyna prosić o remont..
W międzywojniu wiś odbudowano, działała tutaj szkoła. Pojawienie się granicy mocno skomplikowało życie tutejszym mieszkańcom. Warto zaznaczyć, że w Blechnarce widać było wpływy Rusinów ze Słowacji - zauważalne były w budownictwie. Mowa tu o sypańcach - spichlerzach o konstrukcji drewnianej, oblepianych grubą warstwą gliny.
Pod koniec lat 20 mieszkańcy przeszli na Prawosławie - był to efekt Schizmy Tylawskiej.
W roku 1931 w 78 domach mieszkało 401 osób, głównie Łemków. Wieś nawiedziła w 1934 roku powódź - zniszczeniu uległa szkoła i kilka chyż.

stara piwnica

Krzyż na grobie Leszka Babeja

II Wojna Światowa nie przyniosła tu zbytnich spustoszeń, czas okupacji nie był tak uciążliwy jak w innych częściach kraju. Dopiero po przejściu frontu zaczęły się problemy. Pojawiły się w okolicy oddziały UPA. A w roku 1945 wywieziono stąd dużą część mieszkańców. Początkowo wielu zapisywało się na wyjazdy chętnie, słysząc o dostatniej Ukrainie. Jednak większość zmieniła zdanie, gdy usłyszeli od powracających stamtąd uciekinierów, m. in. z Nowicy. Ci również wyjechali tam chętnie, ale na miejscu czekała na nich jedynie bieda. Jednak pod naciskiem władz większość zapisanych wyjechała. Wysiedleni zostali de facto ograbieni z majątku - został on częściowo zwrócony dopiero dzięki interwencji radzieckiej (!). Z transportów zbiegło kilkanaście rodzin. Tych z kolei wysiedlono w 1947 roku na Ziemie Odzyskane. Wieś opustoszała, aczkolwiek zasiedlono ją Polskimi rodzinami. Cerkiew zamieniono w owczarnię. Jednak powracający pod koniec lat 50 Łemkowie odnowili świątynię - dzisiaj mieszka tutaj kilkanaście rodzin łemkowskich i kilka Polskich. Wieś żyje cicho i spokojnie. Otwarto tutaj agroturystyki, pensjonaty, bogatsi budują tu swoje letnie "rezydencje". Cerkiew jest zadbana. Niedawno wyremontowano (za sprawą mieszkańców i Stowarzyszenia Magurycz) przydrożne krzyże. Ponoć są plany budowy asfaltowej szosy do Stebnika na Słowację. Niedaleko cerkwi stoi XIX wieczna kapliczka domkowa nosząca wezwanie Świętego Mikołaja. Ponoć w tym miejscu stała spalona przez konfederatów cerkiew.
Tu i tam stoją chyże, mniej lub bardziej przebudowane. Dwie studnie z przełomu XIX i XX wieku (kopane przez Cyganów na zlecenie pisarza wiejskiego Teodora Hatały) dają jeszcze chłodną wodę.
Miejsce z klimatem..

idąc od strony Wysowej-Zdroju..

widok na Górę Jawor

Co warto w Blechnarce zobaczyć:
- Cerkiew p.w. śś. Kosmy i Damiana, murowany obiekt z 1801 roku
- cmentarz choleryczny, ulokowany na stoku za cerkwią
- cmentarz wiejski, położony około 300 metrów od cerkwi, z grobem baczy Babeja i ciekawymi nagrobkami kamiennymi
- kaplica św. Mikołaja z XIX wieku
- przydrożne krzyże kamienne
- pozostałości dawnej zabudowy - chyże i spichlerze
- cmentarze z Wielkiej Wojny (nr 49 i 50)

Szlaki wiodące przez Blechnarkę:
- czarny szlak cmentarny do cmentarzy nr 49 i 50
- szlaki rowerowe m. in. do Regietowa i na Słowację
- żółty szlak pieszy Wysowa - Stebnik
- słowacki czerwony szlak graniczny, ciągnący granicą państwową
- ścieżka historyczna przez Blechnarkę

Cmentarz zmarłych na epidemię cholery

Warto, na prawdę warto tutaj zajrzeć - by odpocząć od zgiełku, rozdeptanych szlaków i wszechobecnej komercji. Polecamy Wam ten urokliwy zakątek.

Pozdrawiamy!




Źródła informacji:
Luboński P. (red.), Beskid Niski. Przewodnik dla prawdziwego turysty
Grzesik W., Traczyk T., Wadas B., Beskid Niski od Komańczy do Wysowej
Kryciński St., Łemkowszczyzna po obu stronach Karpat

niedziela, 4 sierpnia 2019

Ropa, nafta, mazut - Bóbrka

Witajcie,
dziś chcieliśmy Was zabrać na wycieczkę do pewnego muzeum, ale nie byle jakiego. Nie wiem jak Wam, ale nam na hasło "muzeum" kojarzą się jakieś pomieszczenia pełne eksponatów. W sumie nie najgorzej, ale po jakimś czasie wieje nudą. Szczególnie jakby się chciało odwiedzić dane miejsce jeszcze raz i okazuje się, że nie zmieniło się nic. No dobrze, a co powiedzielibyście na spacer po świeżym powietrzu i przy okazji poznawanie historii? Brzmi o niebo lepiej, prawda? Zapraszamy do Muzeum Przemysłu Naftowego i Gazowniczego w Bóbrce.

Ekspozycja w Pawilonie Wystawowym


Zacznijmy jak zwykle od odrobiny historii. W Bóbrce przemysł naftowy rozpoczął się w roku 1954, kiedy to Ignacy Łukasiewicz, Tytus Trzecieski i Karol Klobassa-Zrencki założyli pierwszą na świecie kopalnię ropy naftowej. Co ciekawe i chyba najbardziej intrygujące zakład działa do dnia dzisiejszego. Oczywiście w nowoczesnej formie która rozwinęła się w  czasie zmian
technologicznych.

Warsztat


Najpierw był rów o długości 120 m i głębokości 120 cm, który wykopano w miejscu, gdzie zaobserwowano spore wycieki oleju skalnego. Łukasiewicz starał się unowocześniać przedsiębiorstwo korzystając z porad autorytetów w dziedzinie geologii i wiertnictwa. Dużym ułatwieniem stało się wprowadzenie wiercenia udarowego. Wiele sił ludzkich pozwoliła też zaoszczędzić maszyna parowa. Dzięki niej można było wiercić do 240 m  wgłąb.

Sam Łukasiewicz zaszywał się w laboratorium i próbował... Po jakimś czasie udało mu się uzyskać bardzo dobrą jakościowo naftę. Jego produkty rafineryjne znalazły się w sklepach w Tarnowie, Krakowie i Warszawie. Osobiście szerzył produkty "czarnego złota" biorąc udział w rozmaitych wystawach zarówno na arenie krajowej jak i międzynarodowej. Po jego śmierci pieczę nad kopalnią przejął Adolf Jabłoński, a później Zenon Suszycki.
Co ciekawe kopalnia została nienaruszona podczas wojennych zawieruch. W latach 50 - tych przeżyła renesans, gdyż odkryto nowe złoże ropy na fałdzie antykliny.

Liczniki gazowe przemysłowe

CPN :)

Jeżeli zaś chodzi o ekspozycję to jest bardzo ciekawa. Pokazuje nam jak na przestrzeni wieków zmieniał się przemysł naftowy. Jedną z najstarszych na świecie kopanek jest znajdującą się na terenie skansenu jest otwór o nazwie Janina. Eksploatuje się go już niemal od 140 lat, wydobywając dziennie 50-100 kg ropy naftowej. Pierwotnie miała ona głębokość 132 m. Otwór ten wykopano ręcznie. Następnie pogłębiono go za pomocą udaru do 250 m głębokości. Obecnie ropę wydobywa się za pomocą pompy wgłębnej, która jest napędzana przez kiwon.

Kopanka "Janina" z 1878 roku



Jedną z ciekawszych atrakcji jest budynek administracji tzw. dom Łukasiewicza. Znajduje się tu piękna kolekcja lamp naftowych i ekspozycja geologiczna. We wnętrzu budynku zrekonstruowano aptekę z czasów Łukasiewicza. Dzięki multimedialnym słuchowiskom można sporo dowiedzieć się o historii ropy i kopalni.

Dawna duma Gorlic


Bardzo ciekawa jest też drewniana kuźnia z 1856 r. W jej wnętrzu znajdują się stare wyposażenie kowalskie, oraz skórzany miech do podsycania ognia z lat 1890/1895.

Wartym uwagi jest też pomnik znajdujący się mniej więcej na środku. Został on ufundowany pzrez Łukasiewicza w 1872 r.

To zaledwie kilka elementów, które wydają się nam najciekawsze. Poza nimi jest oczywiście całe mnóstwo maszyn wiertniczych, kopalnianych, gazowniczych, rozmaitych liczników i wszystkiego co łączy się z przemysłem naftowym. Jest nawet stacja CPN :)

Grób nieznanego żołnierza z okresu II Wojny Światowej, ulokowany niedaleko muzeum

Wiertnica polsko-kanadyjska

Na wizytę w muzeum należy poświęcić właściwie cały dzień, bo na prawdę jest co zobaczyć. Dodatkowo niedaleko muzeum można zobaczyć funkcjonujące kiwony tłoczące z ziemi ropę naftową. Natomiast przy parkingu muzealnym znajdziecie grób nieznanego żołnierza Korpusu Czechosłowackiego, poległego tutaj w czasie walk w 1944 roku. A dla miłośników dawnych dziejów polcamy też odwiedziny niezbyt odległego, a rozległego grodziska zlokalizowanego na granicy Wietrzna i Bóbrki

W tym roku mija 165 lat powstania kopalni. Tym goręcej zapraszamy Was do odwiedzenia tego miejsca. Jest to naprawdę fantastyczne miejsce na spacer połączony z poznawaniem historii. My przynajmniej takie spacery lubimy najbardziej.


Źródła inf.:
bobrka.pl
skanseny.net
www.globtrotter.info

niedziela, 21 lipca 2019

Przez Roztocze Wschodnie - Kniazie

Witajcie!
Dzisiaj zamieramy Was "daleko" od tematów beskidzkich. Opuścimy na chwilkę Łemkowynę. Ba! Nawet wyruszymy poza tereny z Łemkami związane. Niemniej dalej pozostajemy w kręgach wschodnich.
Jeśli ktoś mówi o cerkwiskach, wyludnionych wsiach, samotnych krzyżach czy zarosłych cmentarzach - od razu na myśl przychodzą nam (i pewnie nie tylko nam) tereny Bieszczadów i Beskidu Niskiego. W latach 40 - tych XX wieku tereny te bowiem pozbawiono rodzimych mieszkańców, a wiele wsi wymazano właściwie z map. Jednak walki polsko - ukraińskie i późniejsze wysiedlenia naznaczyły również i inne tereny. Także i Roztocze, szczególnie zaś chyba Roztocze Wschodnie (Południowe).
Dzisiaj zabieramy Was do wioski Lubycza-Kniazie.
Zapraszamy do lektury.

Dzwonnica z Teniatysk, przeniesiona tu w 1988 roku.

Na "starym" cmentarzu. Dużo tu pięknych kamiennych krzyży

Kniazie to wioska położona w województwie lubelskim, w powiecie tomaszowskim. Od wschodu wieś sąsiaduje z miejscowością Lubycza Królewska - właściwie teraz jest niemal jej częścią.
Nazwa wsi pochodzi od określenia "przywódców" pasterzy - Kniazi. Wioska ma typowo wołoski rodowód.
Wieś Lubycza, z krórej wywodzą się Kniazie, powstała końcem XIV lub początkiem XV wieku. Stanowiła wówczas część księstwa bełskiego (którego centrum stanowił Bełżec). Początki osadnictwa tutaj to oczywiście prawo niemieckie. Kolejna fala osadnicza, XV wieczna, to już czas Wołochów i prawa wołoskiego. To wtedy powstała Lubycza - Kniazie. W 1422 roku z Lubyczy (Królewskiej) wyodrębniono Kniazie, lokowane na prawie wołoskim i zasiedlone przez Rusinów. Dokonał tego Siemowit IV, książę mazowiecki. Wtedy to nastąpił podział na Lubyczę Wieś, czyli Królewską, zamieszkałą głównie przez Polaków, oraz Lubyczę - Kniazie, osadę rusińską. Z czasem Lubycza Królewska stała się miasteczkiem zamieszkałym w dużej mierze przez ludność żydowską.
Lubycza-Kniazie zarządzana była przez "wolnych i uczciwych" kniaziów, co nie zawsze podobało się okolicznym właścicielom ziemskim. Co ciekawe, Lubycza-Kniazie przez większość swojego istnienia znacznie przewyższała Lubyczę Królewską liczbą mieszkańców, posiadała też własną świątynię i zajmowała większy obszar terytorialny niż późniejsze miasteczko. Nie zmieniły tego nawet wojenne zawieruchy XVII - wieczne (najazdy Tatarów, Potop Szwedzki).

Na "nowym" cmentarzu, zlokalizowanym w pobliżu cerkwi


Po zajęciu tych terenów przez Austrię rozwój młodego miasteczka (prawa miejskie Lubycza Królewska otrzymała w XVIII wieku) został mocno zahamowany, natomiast skorzystały na tym sąsiednie Kniazie, będące prywatną własnością. Tak więc wioska się rozrastała. W roku 1763 wzniesiono we wsi okazały dwór kniaziów - spłonął on jednak prawdopodobnie w 834 roku, w czasie wielkiego pożaru w Lubyczy Królewskiej. Pod koniec XVIII wieku (1798-1806 ) rozpoczęto budowę wielkiej, murowanej cerkwi. Obiekt ten miał pomieścić prawdziwe rzesze wiernych - same Kniazie liczyły około 2 tysięcy mieszkańców, w większości greckokatolickich Rusinów (Ukraińców). Uroczyste poświęcenie obiektu miało miejsce w 1806 roku. Cerkiew nosiła wezwanie Św. Paraskewii. Świątynię ufundowali kniaziowie, Jakub i Miczko.

Ruiny cerkwi p.w. Św. Paraskewii w Kniaziach

Mocno zniszczona dzwonnica przycerkiewna

W 1904 roku część dóbr na terenie Kniaziów przejął Maksymilian Parnas. On też był właścicielem Lubyczy Królewskiej oraz m. in. zakładów produkcyjnych w Lubyczy Kameralnej.
W roku 1916 do cerkwi w Kniaziach sprowadzono z Rzymu relikwie Św. Paraskewy.
Okres Wielkiej Wojny nie przyniósł tutaj wielkich zniszczeń - cięższe walki toczono bardziej na północy.
Okres międzywojenny to czas raczej spokojny. W tym czasie we wsi działał m. in. urząd telegraficzny, poczta. Mieszkańcy utrzymywali raczej dobre stosunki z sąsiadami z miasteczka. W roku 1921 mieszkało we wsi 2076 osób (2032 Rusinów-Ukraińców, 36 Polaków i 8 Żydów) czyli o ponad 1300 mieszkańców więcej niż w sąsiedniej Lubyczy Królewskiej!

W 1939 roku na ziemi tomaszowskiej toczono ciężkie walki. W tym rejonie formowała się, a potem walczyła Armia "Lublin" - pod Tomaszowem Mazowieckim ścierano się dwukrotnie. Niemniej Kniazie i okolice nie ucierpiały. Na krótko zawitali tutaj Niemcy, po czym tereny te na mocy układów oddano ZSRR. Sowieci przystąpili zaś do umacniania nowej granicy - budowano tzw. Linię Mołotowa, pas umocnień mających zabezpieczyć Związek Radziecki przed zakusami Hitlera. W okolicy Lubyczy i Kniaziów również zbudowano szereg schronów bojowych różnego przeznaczenia, rowy przeciwczołgowe itd. Co ciekawe, by wyposażyć nowe umocnienia, rozbrajano wcześniejsze umocnienia z Linii Stalina. A do roku 1941 nie ukończono ani nowej linii, ani też nie uzupełniono poczynionych braków w starej. Efekt był brzemienny w skutkach. Podczas czerwcowych walk w 1941 roku ucierpiała cerkiew w Kniaziach. Świątynię ostrzelano, ponieważ podejrzewano iż znajduje się na niej sowiecki punkt obserwacyjny - prawdopodobnie zresztą tak było. Okolice ucierpiały trochę podczas walk, niemniej prawdziwe kłopoty zaczęły się później. Niemcy eksterminowali okolicznych Żydów i Cyganów, wywozili mieszkańców na roboty.. W roku 1944 toczono w tym rejonie walki, i spłonęła wówczas część zabudowy. W latach 1944- 1945 trwały na Roztoczu walki oddziałów partyzanckich: polskich i ukraińskich. Poważne zniszczenia i straty w ludziach poniosła Lubycza Królewska. Również i w Kniaziach zginęło kilka osób w akcjach odwetowych. Do oddziałów UPA dołączyło, niestety często dobrowolnie, wiele osób zamieszkałych na Roztoczu. OUN miał tutaj bowiem dużo większe poparcie niż na Łemkowynie. Część Ukraińców popierała dążenia nacjonalistów do przyłączenia tych terenów do przyszłej Ukrainy. Wysiłek zbrojny kierowano przede wszystkim przeciw bezbronnej ludności cywilnej. W latach 1945- 47 wysiedlono mieszkańców - Rusinów (Ukraińców) na sowiecką Ukrainę bądź na Ziemie Odzyskane. Polacy opuścili wieś w obawie przed UPA, a Żydzi zginęli w czasie okupacji. Wieś opustoszała, domy, których dotychczas nie spalono, rozbierano bądź same niszczały. W roku 2012 naliczono tutaj.. 71 mieszkańców!

Kiedyś nad tym otworem piętrzyła się kopuła...

W tym regionie wiosną to widok normalny. Tutaj akurat spojrzenie od strony Dębów 

Po wojnie nie zaopiekowano się cerkwią. Piękny, monumentalny obiekt zaczął podupadać. Zapadła się kopuła, uszkodzona początkiem lat 40. Wyposażenie rozkradziono bądź zniszczono - np. część ikon z cerkwi w Kniaziach można oglądać w muzeum w Jarosławiu. Niszczeć zaczęły również tutejsze cmentarze. Stary, położony przy drodze do Lubyczy Królewskiej (w 1988 roku przeniesiono tutaj dzwonnicę ze wsi Teniatyska) i nowszy, ulokowany przy cerkwi. Na obydwóch można podziwiać liczną kamieniarkę bruśnieńską. Jakże inne są te krzyże w porównaniu z przykładami z Bartnego czy Królika Wołoskiego...
O cerkwi przypomniano sobie ponownie w 2018 roku, kiedy kręcono tutaj sceny do filmu "Zimna Wojna" Pawła Pawlikowskiego. Wtenczas m. in. oczyszczono wnętrze z gruzu, oraz po części z paskudnych bazgrołów. Do dzisiaj na ścianach pozostały elementy scenografii - fragmenty "ikonostasu".
Szkoda, że nikt nie potrafi zabezpieczyć ruin przed dalszą degradacją.
Ruiny cerkwi w Kniaziach wywarły na nas mocne wrażenie. Obiekt przytłacza wielkością, szczególnie nas, znających już dość dobrze cerkwie łemkowskie. Patrząc w niebo przez wyrwę po kopule człowiek zastanawia się nad bezsensem cierpienia, jakie spotkało wschodnie ziemie Rzeczpospolitej.. Kniazie będą dla nas symbolem tragizmu lat 40 na tych terenach.
Warto tu zajrzeć - tereny te są prawdziwym rajem dla miłośników rowerów. Piechurzy mają tu nieco mniej tras dla siebie niestety, niemniej zawsze coś da się wysupłać.

Pozdrawiamy!






Źródła inf.:
Pizun Z., Gawryś R., Miasteczko Lubycza Królewska w czasach prywatnych właścicieli (1787-1939)
Skowronek E., Zarys rozwoju osadnictwa na Roztoczu Rawskim
www.apokryfruski.org